poniedziałek, 11 maja 2009

WAKACJE!

Wczoraj napisałam swój ostatni egzamin i mam wakacje (chyba)  :)
W sumie to nie ma się szczególnie z czego cieszyć, zbyt wyzywający to ten semestr nie był ;) Ale skończyć sesję 10 maja to fajna sprawa.
Został mi tydzień na załatwienie "obowiązków powyjazdowych" i ostatnie spotkania towarzyskie.
Z jednej strony cieszę się, że to już koniec, bo tu drogo, uczelnia przeciętna, brak dobrych znajomych (ale to chyba kwestia nastawienia na tymczasowość wyjazdu). Z drugiej strony Turku mi się bardzo podoba, jak i Finlandia ogółem, to chyba najfajniejsze państwo w jakim przyszło mi mieszkać (pewnie w ciemnym i deszczowym listopadzie zmieniłabym zdanie). Gdyby była tu jakaś lepsza uczelnia, to bym w Suomi PhD chciała robić :)

środa, 6 maja 2009

Zalegla Suomenlinna, 3 maja

W niedziele po raz piaty i prawdopodobnie przedostatni wybralam sie do Helsinek (chce order honorowego przewodnika po tym miescie! i po Turku w sumie tez ;) ). Kazda wizyta wiaze sie jednak z zobaczeniem czegos nowego, tym razem byla to twierdza Suomenlinna, ktora wpisana jest na liste zabytkow Unesco. Znajduje sie ona na wysepkach polaczonych ze soba mostami, a promami z Helsinkami (plynie sie z 10 minut). Z ciekawostek, to oprocz kilku muzeow (w tym muzeum zabawek!), kosciolow, fortyfikacji, U-boota i wielkich armat znajduja sie tam budynki mieszkalne (ok. 850 osob tam mieszka), szkola, market i mnostwo restauracji. Mozna tam spedzic caly dzien krecac sie po bunkrach lub po prostu urzadzajac sobie piknik, co zdaje sie byc popularna forma spedzania czasu mieszkancow Helsinek. Wada - jak to na wyspie, silny wiatr.
Zobaczylam tez pomnik Sybeliusza za dnia i tym razem go na zdjeciach widac ;)
Takze w stolycy do odwiedzenia zostala mi jeszcze jedna wysepka z domkami z roznych czesci Finlandii, zobaczymy czy sie uda.
Tymczasem mam za soba ostatnia prezentacje, a do niedzieli wieczorem musze wyslac odpowiedzi na pytania egzaminacyjne z Nordic history i od poniedzialku oficjalnie rozpoczynam wakacje :)
Niewiele sie juz pewnie wydarzy, wiec blog niedlugo umrze smiercia naturalna, milo bylo pisac, mam nadzieje ze czytac tez znosnie ;)

Pare slow o Vappu

Tym razem obraz poszedl przed tekstem i najpierw zamiescilam 2 nowe albumy na picasie, bez opisu wydarzen.

Vappu to najwieksza impreza studencka w Finlandii. Zaczyna sie 30.04 i z zalozenia kontynuowana jest 1.05, a w praktyce to trwa do konca tygodnia ;) Dotyczy powitania lata. Studenci zakladaja swoje uniwersyteckie kombinezony (kazdy kierunek ma swoj kolor, na spodniach zbierane sa plakietki i naszywki z roznych miejsc, koncertow, itp.). Poza tym kazdy ma swoja czapke (troche przypomina marynarzy). Wszyscy zbieraja sie w jednym miejscu, w Turku jest to wzgorze przed Muzeum Sztuki. W zyciu tylu ludzi tu nie widzialam, tlok jak na Woodstocku ;) Oficjalne rozpoczecie zgodnie z finska punktualnoscia odbylo sie ok.17.30 zamiast rownej piatej. Do mikrofonu dorwal sie koles z czarna plachta i cos mowil. Na nasze English please nie reagowal, wiec nie mam pojecia o czym mowil. W kazdym badz razie w pewnym momencie wszyscy studenci najpierw czapki podniesli, a potem nalozyli. Chwile pozniej zaczely wybuchac szampany i ludzie stali sie jeszcze bardziej pijani niz zwykle. Puste puszki i butelki byly rzucane na ziemie, takze nastepnego dnia musialo to wygladac jak po niezlym koncercie. A w sobote ludzie wozki z gora butelek do marketow oddawali ;) Po oficjalnej przemowie i wypiciu szampana cale towarzystwo przenosi sie nad rzeke, gdzie najpierw studenci stomatologii czyszcza jakis szczegolny pomnik szczoteczkami do zebow (niestety to przegapilam), a potem na brzegu kontynuowane jest spozycie. Wrazen dostarczaja oczywiscie pelni temparamentu Hiszpanie i pobrzebierani Finowie, np. Batman :) Impreza konczy sie tradycyjnie w klubach.
1.05 z kolei odbywa sie piknik, nie opisze, bo obudzilam sie troche za pozno zeby sie nan wybrac.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Z wizyta u towarzysza Lenina

W te niedziele postanowilysmy sie troche odchamic i pojechalysmy do Tampere - miasta mniej wiecej tak samo odleglego od Turku i Helsinek. Na czym odchamianie polegalo? Na wizycie w Muzeum Lenina i w Muzeum Muminkow ;) Pierwsze na poczatku mocno nas rozczarowalo, bo zaplacilysmy po 3 euro, zeby poogladac zdjecia i okladki ksiazek w 2 salach, z napisami jedynie po finsku lub rosyjsku. Nie udalo nam sie dowiedziec niczego na temat zwiazkow Wlodzimierza z Finlandia, a w szczegolnosci z Tampere. Tuz przy wyjsciu okazalo sie jednak, ze maja tam foldery po polsku! (kasjerka spytala mnie skad jestesmy, ale nie raczyla poinformowac o tych folderach). Takze zrobilysmy kolejna rundke (choc 17 stron tesktu mialo niewiele wspolnego z gablotami, to byl po prostu zyciorys Lenina i troche faktow). Co do zwiazkow z Tampere, to najciekawszy jest chyba fakt, ze tu po raz pierwszy doszlo do spotkania Lenina ze Stalinem (w tym samym budynku). Lenin ogolnie spedzil sporo czasu w Finlandii, wspieral tutejsze ruchy rewolucyjne i niepodleglosciowe, odbywaly sie tu zjazdy partii robotniczych. Mieszkal tez przez jakis czas w Helsinkach, meble z jego pokoju wystawiane sa wlasnie w Tampere. Muzeum ciekawe z tego wzgledu, ze pokazuje inne postrzeganie samego Lenina (jego zasluga jest uznanie niepodleglosci Finlandii).
Kolejny punkt programu to muzeum doslownie z innej bajki, czyli muminki. Nuda. Gablotki ze scenkami z powiesci i opisy tych scenek. Jedyne, co nam sie podobalo to przymierzanie roznych koron i diademow (stroje by byly raczej za male troche) ;)
Oprocz tego jak w kazdym miescie zaliczyc nalezy rynek i katedre. W Tampere dodatkowo jeszcze cerkiew, ktora przypomina troche te z Helsinek. Samo miasto ok, troche wieksze od Turku, smierdzi spalinami prawie jak w Radomiu. Fajne widoki z mostu w samym centrum miasta. I dwa jeziora otaczajace miasto od polnocy i poludnia - chcialysmy pospacerowac brzegiem, ale wialo... W ogole przezylam szok, bo czesc chodnikow jest jeszcze oblodzona i dosc czesto widac snieg i zamarzniete jeziora...Niby ze 150km na polnoc a juz taka roznica.
Tampere mozna podsumowac zdaniem Kasika: w sumie nie jest tu tak brzydko jak sobie wyobrazalam. ;)
W samym Turku temperatura chyba zaczyna rosnac, w tym tygodniu ma byc ponad plus 5 (jupi!).

wtorek, 14 kwietnia 2009

Na 5 tygodni przed końcem erazmusa

Zostały mi:

 - 3 egzaminy, z czego pierwszy w ten piątek;

- 1 wycieczka do Tampere i ze 2 do Helsinek

- 2 wizyty z Polski w maju

Od dziś wieczór do soboty będę sama w mieszkaniu - Włoszka jedzie na tydzień do domu, a  Lindall jeszcze nie wróciła z Pragi. Kiepsko. Ale czas i tak pewnie szybko zleci, jak się wezmę za naukę, dziś odsypiałam wczorajszą moża by rzec 12-godzinną podróż (o 5 rano wyjechałam z Radomia, w Turku byłam o 18 tutejszego czasu). Powitał mnie chłód, trzeba było sweter i kurtkę założyć. Z okien samolotu widziałam jeszcze kilka zamarzniętych jezior i kupki śniegu gdzieniegdzie. W dzień temperatura dochodzi do kilkunastu stopni, ale w nocy spada poniżej 0, więc wywiezienie zimowej kurtki chyba nie było najlepszym pomysłem. Powietrze świeże, drogi puste, tego mi będzie w Polsce brakowało ;)

Fajnie było zobaczyć Gdańsk, trochę inaczej (lepiej) go zapamiętałam z poprzednich wizyt, ale obraz dość mocno zamazany po 10 latach się ma ;) Lania wodą na starówce nie było :)

piątek, 3 kwietnia 2009

Gdzie się podziała świąteczna atmosfera?

Dziś (czy raczej wczoraj) postanowiłam wyjść z mieszkania i poszłam na zakupy, mając w pamięci mięso renifera dla rodziców => wyjazd do Polski => Wielkanoc i w supermarkecie czegoś mi brakowało... Ok, widziałam jajka niespodzianki z króliczkami, ale to by było na tyle. Brak pisanek, żółtych kurczaczków i nie pamiętam czego tam jeszcze... Aż ciekawa jestem, czy przed Bożym Narodzeniem też tak jest - bez choinek i lampek od połowy listopada... Niby w Polsce to irytujące, że się tak wcześnie zaczyna, ale koniec końców ma to swój klimat...

Także dziś mama się mnie spytała, co bym chciał zjeść w pierwszej kolejności jak przyjadę i jedyne, co byłam w stanie odpowiedzieć, to "nie łososia, łososia często jem". Ale tak na dobrą sprawę, to po 3 miesiącach tu zapomniałam, co dobre, zjem wszystko co ma jakikolwiek smak (a to nie lada wyzwanie)...

3 miesiące erazmusa by mi chyba wystarczyło, sentymentalna się robię ;)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Zemsta PKP?

Polskie Koleje Państwowe drugi rok z rzędu (seminarium SKNu) robią psikusa w postaci niepublikowania wcześniej planowanych zmian w rozkładach, albo chociaż blokowania możliwości sprawdzania rozkładów na przyszłość wybiegającą poza obowiązujący właśnie rozkład. Rezultat jest taki, że zostały zlikwidowane pociągi, którymi miałam się udać z Gdańska do Warszawy i z powrotem. Co ciekawe, na drogę powrotną miałam sobie nawet kupić bilet przez internet (bo to IC) - ciekawe co bym z tym biletem zrobiła, skoro pociągu nie ma? Wniosek: nie krytykować PKP w prima aprilis ;)

Poza tym nic się nie dzieje, słońce świeci, śnieg topnieje, a ja walczę z kolejnym esejem i zaczynam ćwiczyć GRE, choć verbal przyprawia mnie o ból głowy ;) Dziś ominie mnie Easter Sitz Party (kolejna impreza z cyklu siedzimy, jemy, pijemy i śpiewamy durne piosenki) z wiedźmami... W poniedziałek pół godziny po czasie przypomniało mi się, że bilety były sprzedawane.  

Jakieś życzenia co do prezentów z Finlandii? Paczkę salmiaków już mam, w wersji alkoholowej niestety nie da rady, mam tylko bagaż podręczny, a więc max 100ml butelki płynów :P 

środa, 1 kwietnia 2009

Po wizycie w najbardziej rasistowskim mieście Finlandii

To nie jest prima aprilisowy żart. Dziś od jednej znajomej Finki dowiedziałam się, że Joensuu kilka lat temu sławne było z... rasizmu! Postanowiłam wyguglać i rzeczywiście trochę artykułów (z początku XXI stulecia) na ten temat się znajduje. Podobno nawet mówienie po szwedzku bywało groźne.

Jak to dobitnie, ale zgodnie z prawdą napisano w przewodniku "Joensuu niczym szczególnym się nie wyróżnia." Za to okolica przepiękna :) Zarówno na narty jak i do chodzenia - ogromne jezioro Pielinen i wyspy na nim to śliczny widok. Dochodzi cisza i świeże powietrze (to akurat nic nadzwyczajnego w tym pustym kraju ;) ). Co do samego miasta, to kościół ładny (choć wrażenie psuje fakt, iż jest nowiutki), ze słynnym lisem zdjęcia niestety nie zrobiłam, bo padał deszcz i mi się nie chciało. Muzeum Karelii Północnej małe i nie bardzo wzbogacające wiedzę o tym regionie (może potrzeba więcej czasu spędzić w środku...?).

Z cyklu nowe doświadczenia (pociągowo):

- kolejna stacja zapowiadana jest po fińsku, szwedzku i angielsku, więc ciężko przegapić, poprzedzane to jest głośnym dzwonkiem, to akurat irytujące dla kogoś kto wysiada za 4 godziny i chce spać.

- pociągi są sensownie skomunikowane, znaczy na wybranej stacji jest ok.15 -20 minut na przesiadkę. Przy dojeździe do takiej stacji podawana jest informacja, z którego peronu odjeżdża ten skomunikowany pociąg (w 3 językach oczywiście). 

- bilet u konduktora kosztuje tyle samo, co w kasie. Wada - brak miejscówki i trzeba się przesiadać, jeśli się komuś miejsce zajęło.

- gniazdka - można sobie podładować komórkę lub podłączyć laptopa

- zdejmowalne poduszeczki, które sobie można dopasować :)

- ruchome schody na stacji (żeby się dostać z peronu na dworzec), ale to akurat tylko na jednym dworcu widziałam

Ehh, a za 5 dni zejdę na ziemię i przejadę się naszym rodzimym pośpiechem w środku nocy ;) Trzeba będzie porzucić fińskie przyzwyczajenia i pilnować dobytku. W tym kraju tylko rowery są kradzione (ale to chyba wszędzie standard), portfela pod Twoją nieobecność ze stołu nikt nie ruszy. Przez tę rozpustę już o kilku osobach okradzionych podczas wizyt w 'normalnych' państwach słyszałam.

A tak z innej beczki, to dowiedziałam się wreszcie, dlaczego w fińskich kościołach dość często wiszą modele statków. Otóż są to podarunki od wiernych, którzy albo przeżyli sztorm, albo proszących o pomyślność w czasie rejsu.

Ponadto podobno flaga duńska pochodzi z czasów krucjat i uznawana jest za najstarszą flagę na świecie.  

Finlandia jest krajem nordyckim, ale nie jest krajem skandywskim...Nie leży na Półwyspie Skandynawskim...

Jakaś wartość dodana z przenudnych wykładów z Nordic History jednak jest ;)

czwartek, 26 marca 2009

26.03 śniegu wciąż przybywa...

Mój mocno amatorski filmik

i lepszej jakości zdjęcie

kolegi.  

Centymetrowe płaty śniegu... Przynajmniej już lodu nie ma i można się w miarę swobodnie poruszać z rękami w kieszeniach, a nie w pozycji asekuracyjnej ;) Wiem, że w Polsce też trochę śnieży, ale codziennie Wam po 5cm pewnie nie przybywa? Bo ja coraz bardziej czuję Boże Narodzenie ;)

 

wtorek, 24 marca 2009

Na początek nowego semestru/periodu

Trochę nudnych uczelnianych faktów. 

W zeszłym tygodniu obdywała się tu sesja, ja miałam jeden egzamin z Development, growth i sustainability. Była to bardziej formalność, łącznie zajęcia opierały się na bodajże 6 paperach. Egzamin był ustny, podzeleni byliśmy na 3-4 osobowe grupki - ergo każdy miał do przeczytania po max 2 ;) Wszystkie grupy przygotowywały po pytaniu do artykułu i pozostałe grupy odpowiadały (czy raczej osoby odpowiedzialne za dany artykuł ;) ). Drugą składową oceny był esej, w końcu udało mi się go wysłać z 2 dniowym opóźnieniem tylko. Oceny jak na sgh, znaczy przewaga 4, czyli odpowiednika naszej 5. 

W czasie tej pseudo sesji rozpoczęły mi się też nowe zajęcia - multi - transfer functions. Okazało się to być jednak trochę zbyt hmm abstrakcyjne? dla mnie absolutnie nieprzydatne? I trudne. 3 wykłady w tygodniu i 4 prace domowe na tydzień (to chyba błąd w druku...). Przeznaczone dla osób studiujących mechatronikę (to czemu na wydziale matematyki?). Cały jeden wieczór spędziłam więc na przegrzebywaniu oferty Åbo, Turku University i Turku School of Economics, żeby czymś ten przedmiot zastąpić. Znalazłam jedynie Nordic History (inne możliwości to zaawansowany accounting i supply chain management). 

Ten semestr będzie więc dużo luźniejszy. Zajęcia w poniedziałki i środy. Wadą jest 9 rano w poniedziałek i 4-godzinne okienka w oba te dni. Ale za to w pozostałe odeśpię luty i połowę marca, bo zwiedzać już zbytnio nie będę, w worku z pieniędzmi widać dno ;) 

Semestr kończę 10.05, ale zostanę tu dłużej, mieszkanie mam do końca maja, zobaczę kiedy rodzice się zbiorą, żeby tu przyjechać i wyruszyć w podróż na daleką północ. Coraz więcej osób wyjeżdża (np. na kolejny semestr w Szwabii) i zaczyna się ogólne myślenie o powrotach.

Trzymajcie kciuki w piątek rano, czeka mnie 4 h egzaminu z markov chains (powolutku zaczynam się uczyć...). Następny egzamin 15.04 z international trade, 27.04 szwedzki, 6-10.05 home exam z nordic history. 

Tymczasem zbliżają się święta i wizyta w Polsce :) Ciężko w to uwierzyć, bo spadła nowa warstwa śniegu, nie wiedziałam, że kiedykolwiek będę mieć śniegu dość. Ale 23.03 to chyba jednak na śnieżycę trochę późno?

piątek, 20 marca 2009

Fińskie ciekawostki

faktura na 0,26 eur,

rachunek na 0 eur,

możliwość płatności kartą kwot typu 0,7 eur,

ograniczenie do 100 km/h na autostradzie

poniedziałek, 16 marca 2009

Czekoladowe Helsinki

W poprzednim poscie tylko wspomnialam, ze bylam ponownie w Helsinkach. Niby to moja druga (i nie ostatnia :P) wizyta w tym miescie, warto ja jednak opisac.

13 w piatek pomimo zaropialych oczu, zatkanych uszu i nosa udalam sie na ESNowa wycieczke (kto by nie pojechal za 11 eur, coraz bardziej lubie finski rzad ;) ). Mozna ja nazwac pol-zorganizowana, znaczy czas mielismy zaplanowany do ok.15, a potem 5 godzin wolnego. Zaczelismy od zwiedzenia finskiego parlamentu, w ktorym znajduja sie specyficzne windy (komentarz kolegi - you'll never have to wait for the lift again), postaram sie zamiescic wideo na picasie (jak mi sie uda :P). Idea jest taka, ze nie ma drzwi do windy i caly czas jezdzi taki jakby pociag, wsiasc mozna niemal w kazdej chwili. Nie umiem tego opisac, trzeba zobaczyc. Samo wnetrze parlamentu surowe, bo w stylu neoklasycznym (budynek z lat 20tych), z ciekawostek - nad sala obrad parlamentu znajduja sie plaskorzezby przedstawiajace jeziora i drzewa, jako krajobraz Finlandii :) Ladnie. Ponadto w jednej z sal znajduja sie popiersia poprzednich prezydentow, w tym slynnego z Rokkibaari Kekonena (Kasik, pamietasz? :D). Podczas wizyty Erazmuski z Helsinek na karaoke wymyslono zabawe, zeby to nazwisko wtracac w piosenki i liczyc, komu uda sie to zrobic najwiecej razy. Ciekawie bylo.

Z parlamentu zabrano nas na lunch, a potem do fabryki czekolady i wyrobow cukierniczych Fazer (a ja zawsze myslalam, ze to polska firma...). Cala wizyta byla troche picem na wode, fartem zobaczylismy fragment jednej linii ukladajacej czekoladki w bombonierce, ale to by bylo na tyle. Glowna atrakcja tego miejsca jest jednak tasting room, gdzie moglismy zjesc tyle batonikow i cukierkow, ile chcielismy. Oczywiscie nie mozna bylo niczego wynosic. Z batonami problem byl taki, ze jak sie go otworzy to trzeba cos z nim zrobic, wiec wszyscy stali w kolkach i wymieniali sie roznymi smakami (mleczny, chili, truskawka, trufla, mieta, orzech, pistacja, cytryna, dumle...). Dawno sie tak nie zaslodzilam ;) Potem mozna bylo te wszystkie produkty nabyc w Fazer sklepie, ktory byl sporo tanszy od zwyklych marketow (tu logika zadziala. Bo przy zakupie 4paka jajek Mignon

- zaplacilam 4x cene jednego ;) ).

Ostatnim zorganizowanym punktem wyprawy bylo zwiedzenie wnetrza kosciola w skale, ktorego nazwy nigdy nie zapamietam. Ten obiekt cieszyl mnie najbardziej, poniewaz zeszlym razem spoznilam sie kilkanascie minut i do srodka nie weszlam. Kosciol ten naprawde zostal wykuty w skale, co widac po scianach, ktore nie zostaly zbytnio wyrownane. Po spacerze po wnetrzach odbylam tez spacer po dachu, fajnie fajnie.

Przed spotkaniem z helsinskimi erazmuskami odbylam jeszcze krotki spacer, oprowadzajac znajomych po mustach, znaczy biala katedra i sobor uspienski. A potem surprise - kontynuacja przygody z Fazerem w najstarszej kafeterii/cukierni tej firmy. Tym razem wizyta pod znakiem ciast i kawy, na czekolade nawet patrzec sie nie dalo ;). Kasikowi za spotkanie dzien przed egzaminem vielen Dank!

Takze z atrakcji helsinkich pozostala mi wciaz Suomenlinna, czyli twierdza, o ktorej niedawno pisal Janek. Ale to w kwietniu lub maju pewnie.

Odliczam dni do wizyty w Polsce, dzis magiczna liczba to 22 :)

sobota, 14 marca 2009

"You look even worse than yesterday!"

Takim pozytywnym akcentem zostałam wczoraj przywitana po powrocie z Helsinek. Dzień wcześniej koleżanka spotkana w autobusie przywitała mnie słowami: "O my God, you look terrible!" po czym poprawiła się na "you look so sick". Anyway zapalenia uszu nikomu nie życzę, zwłaszcza w obliczu poniedziałkowego egzaminu i deadline'a na esej, którego nie zaczęłam pisać, bo się do niczego nie nadaję. Uczyć się też nie zaczęłam, bo niewiele widzę przez zaropiałe oczy. 

Jeszcze nie wiem, jak rozwiążę problem eseju i egzaminu, zobaczymy czy ten wykładowca wyznaje specjalne traktowanie erazmusów...

A fińska służba zdrowia jest ok, tyle tylko, że straciłam pół dnia, bo nie chcieli mnie od razu zapisać na wizytę do lekarza, najpierw badała mnie pielęgniarka i dopiero ona umówiła mi wizytę u lekarza 1,5h później. No ale w końcu antybiotyk na 10 dni dostałam. I informację, że 10 dni może nie starczyć na wyzdrowienie i trzeba będzie dalej leczyć.

To by było na tyle, potrzebowałam się wyżalić. 

środa, 11 marca 2009

Po krótce owocowo

Cloudberry wg wiki to Malina moroszka (http://pl.wikipedia.org/wiki/Malina_moroszka), zdaje się, że rośnie także w Polsce, choć rzadko.

Wiśnia to owoc zupełnie nieznany w tych stronach. To by rozwiązało mój problem, dlaczego nigdzie nie mogę kupić dżemu wiśniowego (nawet w Lidlu, który ma przecież standardowy asortyment, na szczęście przynajmniej jogurty są). A oto jak z Węgierką opisałyśmy parze Finów wiśnię: "a sourcherry looks like a normal cherry but it's sour" ;) Odp: never heard of that... nie wiedzą, co tracą ;)

wtorek, 10 marca 2009

Długi weekend za kołem podbiegunowym

Najpierw odpowiem na pytanie Joy, zadane na picasie, ponieważ może ono zainteresować więcej osób - Muminki i wnętrze ich domu można oglądać tylko w lecie, bodajże od czerwca. Ponadto taka możliwość istnieje też przez tydzień w lutym, ale to był akurat ten tydzień, którego większość spędziłam w Petersburgu (nie żałuję, muminki nie umywają się do tamtej wycieczki). Także wnętrza ich domu, ani ich samych nie widziałam, zresztą za 13 eur mimo wszystko bym się zastanowiła, czy warto, w końcu to nie Smerfy ;)

A głównym tematem tego posta ma być oczywiście moja 4 - dniowa wyprawa do Laponii :) Mogę ją nazwać cyklem nowych doświadczeń:

- jechałam zaprzęgiem huskich i reniferów (te 2 wydarzenia akurat wzbudzają we mnie poczucie winy, ale każdy z tych rajdów trwał może ze 2 minuty, były to tylko jazdy pokazowe, następnego dnia można było wziąć udział w prawdziwym dwugodzinnym safari, za jedyne 45 eur i zamęczyć biedne zwierzaki).

- spędziłam 2,5 h na biegówkach, jeździłam po zamarzniętym jeziorze :) wywróciłam się chyba z 10 razy, tylna część ciała do tej pory mi o tym przypomina. Mimo to wciąż uważam narty biegowe za zdecydowanie bardziej nudne od zjazdowych

- chodziłam w rakach, także po zamarzniętym jeziorze, bardzo to męczące, po godzinie ledwo mogłam nogami przebierać

- spróbowałam kilku tradycyjnych fińskich potraw: mięso renifera (blee, za to wszyscy będziemy smażyć się w piekle), placek serowy (bodajże z mozarelli) z dżemem z owocu nazywającego się po angielsku cloudberry (żółta malina, nie wiem, czy mamy na to słowo po polsku), zupa owocowa z waniliową śmietaną i pulpety, ale akurat średnio typowo fińskie ;)

- widziałam zamarznięty wodospad (zamiast jeździć na nartach zjazdowych w ośrodku narciarskim, do którego się wybraliśmy na 5 h trzeciego dnia), wodospad uratował ten dzień, bo miałam gorączkę i czułam się wrakowato, na narty się nie nadawałam, zwłaszcza bez kombinezonu i gogli.

- złożyłam wizytę Świętemu Mikołajowi, wymieniliśmy uścisk dłoni, zrobiliśmy zdjęcie grupowe z nim (cała wizyta trwała może z 5 minut), nie można mu było usiąść na kolanach :(

- stałam jedną nogą za kołem podbiegunowym a drugą na południe od koła ;)

- byłam w śnieżnym zamku, gdzie ściany mają z 1,5 - 2 m grubości i w ice barze, gdzie piłam tradycyjne szwedzkie grzane wino - Glühwein (smakuje chyba tak samo jak nasze, ale mniej śmierdzi :P )

- jechałam fińskimi kuszetkami i zwykłym fińskim pociągiem (siedzenia w rzędach jak w intercity). Co do kuszetek, to identyczne jak w pociągu do Moskwy, ale o 21 przywitały nas rozłożone łóżka i nie było gdzie usiąść :/ Trzeba było się tłoczyć na korytarzu albo iść spać (co też ja uczyniłam, znaczy zrobiłam to, do czego nas VR zapewne chciał zmusić ;) ). Z cyklu paradoksów dotyczących pociągów, to kuszetki są damskie i męskie (znaczy ich skład nie może być mieszany). Przy rezerwacji biletów nikt jednak nie pyta jakiej płci są podróżni, przez co w drodze powrotnej jedna dziewczyna miała problem ze znalezieniem łóżka, niestety zasnęłam zanim problem rozwiązano, w każdym bądź razie miała miejsce w męskiej kuszetce i nie mogła tam spać. Ponadto bilet na zwykły pociąg kupuje się na konkretną godzinę. Za to bilety na autobusy są ważne kilka czy też kilkanaście dni...

- mieszkałam w chyba najmniejszym pomieszczeniu, mogącym pomieścić łóżka dla 4 osób, znaczy jedno piętrowe łóżko narożne (tak jak biurko narożne), którego jeden koniec wepchnięty był w idealnie do niego dopasowany róg pokoju (czyli spało się w ciemnej noże). Poza tym chatka ok, był telewizor i kolejna zaskakująca obserwacja to fakt, iż w fińskiej telewizji reklamy są wycziszane. Film jest głośniejszy...

- ognisko zimą w otoczeniu śniegu (to akurat chyba drugie w życiu)

Acha, temperatura jedyne -3 stopnie w ciągu dnia, także prawdziwego zimna nie uraczyłam (ze 3 tyg temu było -35). Towarzystwo w chatce ok, poza nieustannie narzekającą Polką (ja myślałam, że ja dużo narzekam, ale ona bije mnie w przedbiegach!). Poznałam sporo zagranicznych gier karcianych i z przykrością muszę stwierdzić, że szczęście w kartach mnie opuściło!

Najfajniejszą częścią wyprawy było zwiedzanie Rovaniemi w ciągu 45 minut i samodzielna wyprawa do Kemi, żeby zobaczyć ten śnieżny zamek (nie było go w programie), tam mieliśmy niecałe 2 h do pociągu do Turku. Także zwiedzanie Rovaniemi to był sprint na Lordi's square (LOL) i nad rzekę, zrobienie fotek w obu miejscach i bieg na pociąg do Kemi. Tam sprint na zamek (tym razem chociaż bez bagażu), niecała godzina zwiedzania (można tam spędzić więcej w lodowej restauracji, jest też lodowy hotel) i powrót na dworzec z grzanym winem w ręce. Na wariackich papierach, ale warto było :)))

Żałuję tylko, że nie mogłam wziąć udziału w rajdzie snowmobiles (skutery śnieżne?), bo moje prawo jazdy leży w Radomiu... :/

A teraz czas zejść na ziemię i zacząć pracę nad esejem na poniedziałek... I tradycyjnie odchorować swoje, głowa mi pęka i tracę głos, nikt mnie nie rozumie jak mówię ;)

Zdjęcia oczywiście są, już wrzuciłam na picasę, ale upublicznię album po ich opisaniu.

Czekam na wieści z Polski i innych stron świata!! 

wtorek, 3 marca 2009

Minął kolejny weekend

W czasie którego niezbyt wiele się działo. W piątek oprowadzenie Kasika po bjutiful sity of Turku (nie mogłam się oprzeć użyciu tego określenia :P ), niestety pogoda nam nie sprzyjała (a to niespodzianka!). Ale zdjęcie z kaczkoświnią w końcu mam :)  Z każdą wizytą spoza Abo sama także odwiedzam nowe miejsca. Wieczorem zapoznanie z moim drugim domem, czyli Rokkibaari (jak ja tęskniłam za tym barem! ). W sobotę wyprawa do krainy muminków (które niestety teraz śpią, obudziły się na tydzień w lutym, ale akurat jak byłam w Petersburgu). I tak było fajnie, nie codzień trafia się okazja chodzenia po zamarzniętym Bałtyku :) Na jednej z sąsiednich wysepek widzieliśmy też ciekawy pałacyk - jednak nie mogliśmy się do niego dostać z przyczyn technicznych, mianowicie jest to letnia rezydencja pani prezydent i pewnie sobie naszej wizyty teraz nie życzyła, skoro jej tam nie ma ;) Samo miasteczko Naantali także bardzo malownicze, przypomina Porvoo (także w większości niska drewniana zabudowa). A Turku to podobno takie miasto, jak sobie Kasia Finlandię wyobrażała :) Na niedzielę planowałyśmy Tampere, ale co ma tonąć nie zawiśnie, ziuber zwyciężył. 

Od niedzieli natomiast walczę z drugim programem w matlabie, nie wychodzi mi jedna rzecz i nie mogę znaleźć błędu a sam matlab też go nie zgłasza. No nic, powalczymy dalej. Jutro midterm ze szwedzkiego, niedługo zacznę się uczyć ;) Także czuć zalążek sesji (poważniejsze egzaminy od 16.03 do 27.03, 2 eseje do napisania, nieszczególnie wyzywająco ;) ), przy okazji czuć też zalążki wiosny - temperatura coraz częściej przekracza 0 stopni i śnieg niestety stopniowo topnieje.

W czwartek wieczór jadę na 4 dni do Laponii i to chyba będzie moja ostatnia duża wyprawa tu. Pozostanie jeszcze Tampere (bo blisko) i Joensuu. Trochę się zmęczyłam tym ciągłym pakowaniem, rozpakowywaniem, praniem rzeczy i kolejnym pakowaniem. Ponadto z częścią znajomych tu się od wieków nie widziałam, bo mnie nigdy w weekendy nie ma ;) Ale po 27.o3 wszystko wróci do normy. Zacznie się nowy period, będę mieć tylko szwedzki i mutli transfer functions, co oznacza wolne piątki i prawie wolne poniedziałki (zajęcia od 15) :)

Zapraszam na picasę do obejrzenia zdjęć z Petersburga i Naantali, te pierwsze zebrane od 4 osób, więc trochę pomieszane, nie mam siły ich super sensownie poukładać.    

czwartek, 26 lutego 2009

Motywator

A w ogóle, to dowiedziałam się, że mój blog czytany jest przed bashem, więc czuję się mocno zmotywowana do pisania i zobligowana do trzymania poziomu ;)

Metro w Peterburku

Tak, odpowiedź, na pytania z komentarza zasługuje na osobnego posta :)

Budki z paniami pilnującymi znajdują się na początku i na końcu ruchomych schodów. Panie mają po 2 telefony, takie starego typu, gdzie numer naprawdę się wykręca. Szczerze mówiąc, nie zwróciłam uwagi, czy taka budka znajduje się też przy bramkach, podejrzewam, że tak. Może będzie na zdjęciach (o zdjęciach za moment). 

Co do samych bramek - w Moskwie były domyślnie otwarte i był czujnik. Przy próbie przejścia przez bramkę bez skasowania biletu drzwi zatrzaskiwały się (takie, jak w barach na dzikim zachodzie ;) ) i bardzo głośno wył alarm. A zdarzało się to notorycznie, bo czytniki nie zawsze dobrze funkcjonowały, a alarm musiał odegrać całą swoją melodyjkę. W Petersburgu natomiast bramki wyglądają jak w Warszawie, tyle tylko że jak się podejdzie za blisko drążka nie wrzuciwszy uprzednio żetona, to też zaczyna wyć ten nieszczęsny alarm. To pewnie żeby wzbudzić uwagę tej osoby pilnującej w budce (bo w Moskwie np. zdarzało się, że 2 osoby przechodziły przez bramkę na jednym bilecie, czyli strażniczki niezbyt uważnie stróżowały ;) ).  Także to miałam na myśli pisząc o pikaniu.

Z ciekawostek odnośnie metra, warto jeszcze wspomnieć, że obowiązuje zakaz fotografowania w pociągach i na stacjach (nawet już na powierzchni, tam gdzie są sklepy). Za złamanie tego zakazu grozi mandat w zawrotnej wysokości 100 rubli, czyli ok.10 zł :D Najśmieszniejsze jest to, że policjant nie każe nawet tych zdjęć z aparatu wykasować, a przy wlepianiu mandatu sam się śmiał i tłumaczył, że musiał to zrobić, bo dookoła są 4 kamery i wpp to on by miał problemy (kolega mandat dostał, bo próbował zrobić idealne zdjęcie ogromnych przycisków STOP na początku i końcu schodów ruchomych i w pewnym momencie zauważyliśmy, że nas ubyło ;) ). W każdym bądź razie kilka zdjęć ze stacji jest, muszę się z pendrivem po nie wybrać (podobnie jak po większość zdjęć, bo zwiedzaliśmy głównie wieczorami - w dzień głównie wnętrza - a mój aparat się do robienia zdjęć po ciemku nie bardzo nadaje, albo nie wystarczająco zapoznałam się z instrukcją obsługi). Także cierpliwości, wkrótce pojawi się ze 150-200 zdjęć z wyprawy :)). Mieliśmy też filmik z tych drzwi do metra, ale koledze skończyło się miejsce na karcie i musiał coś wykasować :(

Mam nadzieję, że częstotliwość postów trochę wzrośnie, choć zbliża się sesja, więc mogą być z tym problemy. Ale wycieczki na pewno wciąż będą opisywane, na pewno dużą przyjemnością będzie dla mnie czytanie tego po powrocie do Polski :)

poniedziałek, 23 lutego 2009

Po wizycie u matki Rosiji...

ktora najpierw nie chciala mnie przyjac, a potem wypuscic. Caly autokar na mnie czekal :) dlaczego? Poniewaz zdjecie w paszporcie mi sie troche odkleilo i odstaje. Nie zauwazylam tego, w koncu prawie w ogole tego dokumentu nie uzywam. Anyway, celniczka zawolala drugiego celnika i po krotkiej naradzie postanowili mnie wypuscic z tego kraju paradoksow.

Do Petersburga dojechaliśmy w czwartek ok.16 i o 17 zaczęliśmy zwiedzanie od wizyty w metrze (z pilotem, hehe). Metro w Petersburgu od moskiewskiego różni się tym, że nie ma biletów tylko żetony, które się wrzuca i otwiera się bramka. Jak się podejdzie za blisko bramki bez wrzucenia żetonu, bramka zaczyna głośno pikać (skąd ja to znam :) choć tu przynajmniej bramki nie przytrzaskują ludzi). Ponadto na niektórych stacjach perony metra są zabudowane. Znaczy po obu stronach znajdują się ściany z drzwiami jak do windy. Pociąg podjeżdża i dopasowuje się do tych drzwi. Nie ma więc szans wpaść między pociąg a peron ;) Metrem pojechaliśmy do centrum (na słynny Newski Prospiekt) i zaczęliśmy od szukania jedzenia. Znaleźliśmy KFC, po 1,5 mca trudno było się oprzeć (tak, tak, nie ma KFC w Finlandii). Co ciekawe w rosyjskim KFC podawane jest piwo i to nie byle jakie, bo Zlaty Bazant :) Po obiedzie nie mieliśmy żadnych konkretnych planów (tym razem nie zaopatrzyłam się  w przewodnik zawczasu) i pokręciliśmy się po Newskim Prospiekcie. Zobaczyliśmy wtedy najważniejsze budynki (Ermitaż, sobór Chrystusa Zbawiciela i katedrę św. Izaaka). Wieczór zakończył się wizytą w Prismie, czyli poczuliśmy się jak w Finlandii (Prisma to jeden z najtańszych marketów w Finlandii).

Dzień drugi rozpoczął się wizytą w Carskim Siele. Budynek z zewnątrz ogromny (długi) i przepiękny. Wewnątrz zwiedza się niewiele, trwa to może ze 40 minut z robieniem zdjęć. Główną atrakcją jest oczywiście replika bursztynowej komnaty (w której nie można robić zdjęć). To pomieszczenie rzeczywiście robi wrażenie, zwłaszcza jak przeczytałam, że zużyto 5,7 ton bursztynu do zbudowania go. Wyjazd do Carskiego Sioła organizowany był przez biuro podróży, kolejną 'atrakcją' było centrum handlowe (nie pytajcie mnie, czemu...). Na szczęście tylko 45 minut. Z ciekawostek, to widzieliśmy swego rodzaju przechowalnię dla wózków z zakupami. Można zrobić zakupy spożywcze, po czym odstawić tam wózek i iść pochodzić po sklepach. Po powrocie krótka drzemka w hotelu i dalsze zwiedzanie - tym razem twierdza pietropawłowska i katedra tego samego imienia. W nocy przepięknie oświetlone, podobnie jak mosty na Newie i większość budynków wzdłuż rzeki (później wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki i PO zamarzniętej rzece :) ). 

Dzień trzeci to zorganizowana wycieczka objazdowa po mieście. Niestety przewodnik tylko po fińsku, ale i tak warto było wziąć udział, bo przynajmniej wiedzieliśmy co jeszcze można zobaczyć i obejrzeliśmy kawałek miasta nie musząc chodzić. Weszliśmy do katedry św. Izaaka, która robi niesamowite wrażenie. To jeden z największych kościołów prawosławnych. W środku przepięknie ozdobiony, z wysoką kopułą. Kolejny punkt wycieczki to 5 - godzinna wizyta w Ermitażu. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to najlepsze (po British Museum) muzeum, w którym byłam. Przede wzsystkim ogromny budynek z salami nie przeładowanymi eksponatami, bo i po co, skoro jest tyle pomieszczeń. Ponadto ekspozycje poukładne chronologicznie (w Moskwie były z tym problemy), wszędzie podpisy po angielsku. Urozmaicone (rzeźby, obrazy, meble, przedmioty codziennego użytku), ponadto 2 sale z obrazami Picasso.  Potem nadeszła pora na mój wymażony kebab i ostatnim punktem wycieczki była wizyta w soborze Chrysta Zbawiciela, ale niestety spóźniliśmy się 10 minut (dla mnie żadna strata, cerwki się już naoglądałam ;) ). 

Dzień czwarty to pakowanie i wyjazd. Zatrzymaliśmy się w Vyborgu na zakupach (nie wolnocłowych jeszcze ;) ). Tam z Brazylijczykiem zostaliśmy strasznie zaskoczeni przez jednego sprzedawcę w sklepie, który stwierdził, że ja jestem z Polski lub Czech a on z Portugalii. Powinnam była się spytać, czemu akurat takie strzały. Ale to nie pierwszy raz tutaj, kiedy słyszę, że wyglądam na Polkę. Najwidoczniej tak jest.

Podsumowując, to jedna z najlepszych wycieczek w moim życiu, bardzo dużo chodzenia (wymieniałam tylko najważniejsze punkty) i super towarzystwo (nie licząc jednego Belga, który porządnie wyprowadził mnie z równowagi jednego wieczora).  Pierwszy raz w życiu chodziłam po zamarzniętej rzece wielkości Wisły (były na niej ślady stóp, ktoś wydeptał ogromny napis ETO NEWA). Mimo wszystko wolę Moskwę. Petersburg to europejskie miasto, nie czuć za bardzo, że się jest w Rosji, pomijając może nieuprzejmość ludzi i sprzedawców, którzy łaskawie obsługują, poganiają przy wybieraniu (a musiałam tłumaczyć, więc trochę to trwało). Bardzo zadowolona jestem z faktu, że porozumiewałam się po rosyjsku, czego podczas pobytu w Moskwie nie byłam w stanie robić, bo nie rozumiałam odpowiedzi. Nie bałam się mówić, a to chyba najważniejsze. Było to jednak także męczące, bo musiałam sobie w głowie wszsytko tłumaczyć na polski a potem przejść na rosyjski, więc to trochę trwało. No i myślenie po polsku mi się włączyło, więc zdarzało mi się do znajomych w Muttersprache zagadywać ;) 

To by było na tyle, w ten weekend wizyta z Helsinek, a przyszły czwartek Lapland :)

wtorek, 17 lutego 2009

5-dniowy weekend w Helsinkach

Tak, lekko przedluzylam swoj pobyt w stolycy kraju wodkopijcow.

Do Helsinek przyjechalam w czwartek w samo poludnie. Po zostawieniu plecaka w mieszkaniu i obiedzie w Hanken (uczelnia Kasi) rozpoczelo sie zwiedzanie miasta. Rozpoczelo sie od pomnika renifera :) Potem dworzec Harrego Pottera, budynek poczty glownej, snieznobiala katedra, sobor uspienski, rynek i port (kolejnosc pewnie pomieszana), parlament, weszlysmy do muzeum Finlandii (z zewnatrz wyglada jak sredniowieczny zamek, w srodku bez polotu), poszlysmy zobaczyc kosciol wyryty w skale (niestety byl juz zamkniety, ale to niedziwota, w koncu 2 Pechvögel sie spotkaly) i pomnik Sibeliusza w parku. Takze lista dosc dluga, ale generalnie w samych Helsinkach wszystko mozna zobaczyc jednego dnia. Miasto troche bardziej zachodnio - europejskie, jest metro i tramwaje (tymi ostatnimi niestety na dniowkach nie moglam jezdzic). Metro to bardziej S-Bahn, rzadko kiedy zjezdza pod ziemie (ma kilka wysp do pokonania, wiec to tez nie zaskakuje).

Wieczorem poznalam prawie wszystkich hankenowych erazmusow podczas wieczoru z nalesnikami made by French girls.

W piatek cofnelysmy sie w czasie o jakies 800 lat, zeby zobaczyc sredniowieczna starowke Tallina. Same Stare Miasto zrobilo na mnie jak dotad najwieksze wrazenie (moze dlatego, ze niczego szczegolnego sie po stolycy raju nie spodziewalam). Poza starowka typowa socrealistyczna zabudowa a'la Warszawa. Niby 370 tys. mieszkancow (mniej niz Helsinki), a miasto wydawalo sie byc bardziej zywe, wiecej ludzi na ulicach (pogoda identyczna, wiec na to nie mozna zwalic winy). Podroz promem w jedna strone trwa 3 h, powrot 3,5 h (bo w gore mapy, lol), droge tam przespalysmy przy stoliku w restauracji, powrotna czesciowo tez, potem trzeba bylo odwiedzic sklep wolnoclowy (co skonczylo sie tym, ze zgubilam swoja kochana czapke zamawiana tu z allegro :(( ). Przy schodzeniu na lad widok niesamowity - Finowie naprawde przygotowuja sie do tej wyprawy - wiekszosc z nich ma walizke lub wozek, a na wozku srednio 5-6 zgrzewek piwa lub long drinka (beda zdjecia). Nawet kobietom udaje sie niesc zgrzewke 32? puszek piwa. Widok przekomiczny. Wieczor nieszczegolny, padlysmy po 6cio-godzinnym zwiedzaniu.

Sobota to kolejna wyprawa poza miasto - tym razem do drewnianego miasteczka Porvoo. Dosc ciekawe, ale zwiedzanie trwa krocej niz podroz w obie strony ;) Reszte soboty odpoczywalysmy i zbieralysmy sily na niedzielny koncert :))

Niedziela sen do 13 i mega - krotki dzien (koncert zaczynal sie o 18, wiec o 16.30 zaczynal sie 'beforek', jesli tak mozna nazwac spotkanie 4 osob, czyli mnie i smietanki hankenowych erazmusow). Koncert najlepsiejszy w moim zyciu (choc nie zagrali jednej z 2 moich ulubionych piosenek). Parafrazujac slowa zaszlyne na Hunterfescie w czerwcu - zobaczylam Katatonie i Opeth, wiec moge juz umrzec. (nie do konca prawda, bo na liscie do odhaczenia zostal jeszcze In Flames). Opeth gral 2 godziny, koncert skonczyl sie o 23, takze mialysmy jeszcze duuuzo czasu na plotki, Friendsow i zubra :) W poniedzialek planowalam byc na zajeciach o 13, troszke mi nie wyszlo :) Dotarlam do mieszkania padnieta ok. 20, dziewczyny az sie wystraszyly :) Wciaz mnie wszystko boli (po koncercie i 40 - minutowym spacerze z dworca z wypchanym plecakiem) i nie odespalam jeszcze.... ALE WARTO BYLO :)))

Dzis krotkie spotkanie z Jankiem, a potem przygotowanie do czwartkowego wyjazdu do Petersburga....ale sobie zaleglosci z Markov Chainow robie....

wtorek, 10 lutego 2009

"It's too warm for us Finns here", czyli krótka wizyta w Kraju Wikingów :)

Zdanie tytułowe, to jedne z moich pierwszych słów na szwedzkiej ziemi, wypowiedziane ok. godziny 7 rano. Cały dzień jednak tak przyjemny nie był, okazało się, iż +4 może być dużo gorzej odczuwane niż -7 ze względu na silny wiatr. Ale od początku.

Całonocna podróż promem pełnym pijanych i głośnych Finów oraz zadziwiająco spokojnych Rosjan (to ci pierwsi zakłócali spokój imprezą w sąsiedniej kabinie!). Spać oczywiście nie mogłam, wciąż boję się morza :( Standard kabiny podobny do pociągów relacja Warszawa - Moskwa (na szczęście nie przychodzi pani rozkładająca łóżka wg własnego widzimisię, można iść spać, kiedy się chce ;) ). Na pokładzie kino, sauna, sklep wolnocłowy, restauracje, disco, automaty z grami. Ale podróż nocna, więc przed całym dniem zwiedzania zalecane jest jednak wyspanie się.

Sam Sztokholm o 7 rano oczywiście cieeemny. Widać w krajach skandynawskich nie ma zwyczaju podświetlania budynków (oszczędność energii?). Zwiedzanie starówki o tej porze to ciekawe przeżycie, ochroniarze przy zamku królewskim trochę dziwnie się na nas patrzyli ;) Nasz plan zwiedzania wyglądał następująco: City Hall (ratusz, zwiedza się salę, w której co roku 10.12 odbywa się bankiet  z okazji wręczenia nagród Nobla - tak,tak, kiedyś tam wrócę ;) ), Riksdag (tylko z zewnątrz), zmiana warty przed zamkiem królewskim (to chyba must w każdej stolicy, najfajniejsza chyba w Atenach), katedra (nic szczególnego, w samym Sztokholmie widziałam kilka innych ciekawych kościołów), spacer wzdłuż wybrzeży do Ogrodów Królewskich, gdzie znajduje się chyba najważniejszy punkt zwiedzania miasta - Vasa Museum (Vasa to statek wybudowany na życzenie Gustawa Adolfa, zatonął podczas swojej pierwszej podróży po 20 minutach, odnaleziono go w latach 50tych XXw. w okolicach Sztokholmu), na koniec planowałam jeszcze Skansen, ale zabrakło sił. Byłyśmy przemarznięte i spacer po otwartym terenie byłby tylko katorgą. Zaliczyłam się program podstawowy, na przyszłość został mi jeszcze kampus, Skansen, okoliczne wyspy (pewnie się nie różnią od tutejszych ;) ). Także kiedyś tam jeszcze wrócę (w każdym mieście zostawiam sobie coś do zobaczenia w przyszłości). 

Znajomi tutaj prosili mnie o porównanie Sztokholmu do innych europejskich miast - kamienice ala Paryż, położenie na wyspach, więc lekka analogia do Amsterdamu. Podobało mi się, ale bez polotu, Londyn to to nie jest ;) Z drugiej strony należy wziąć poprawkę na towarzyszące mi wiatr i mżawka, znacznie pewnie zniekształcające wrażenia. 

Zdjęcia z wyjazdu oczywiście znajdziecie na picasie.

Z innych newsów - zapisałam się dziś na wycieczkę do Petersburga, niestety nie zobaczę  Peterhofu, bo nie jest dostępny do zwiedzania zimą. Ale zobaczę Pałac Zimowy z Bursztynową Komnatą i Ermitraż, więc to już coś :) Do Dublina nie pojadę, bo znajomi poszerzyli wycieczkę o Londyn i wychodzi 300 euro. 

Moi kochani sąsiedzi z góry wpadli na nowy błyskotliwy pomysł wycieczki do Gdańska (cyt:it's only 20 euros for the flight!") w celu zaopatrzenia się w wiadome towary i chcą opłacić też mój bilet, żebym im robiła za tłumacza na miejscu, lol. Aż się boję myśleć, jakie pomysły będą mieli, jak będziemy w Petersburgu, we'll see...

Zbieram się do napisania pocztówki dla koła, ale totalnie nie mam natchnienia...Wystarczająco się uzewnętrzniam tutaj i już mi starczy ;) Może po najbliższych wojażach dojrzeję...

Podobno do Polski wiosna zawitała, trochę zazdroszczę, bo tu chwilowo chodniki i drogi oblodzone, co trochę utrudnia poruszanie się.

Trzymajcie się!

sobota, 7 lutego 2009

Co mnie czeka w najbliższej przyszłości

Tak, opuściłam steady state 1 posta na 2 dni.

Ale nie bardzo mam co  pisać, walczyłam z matlabem, byłam 2 razy w Rokkibaari, czyli the usual. Nie śpiewałam Nothing else matters, mimo że kolega mocno nalegał (w sumie żałuję, to jedyna piosenka stamtąd, którą dobrze znam). Może następnym razem.

Za 2 godziny płynę do Sztoknholmu :) Wycieczka ta była niepewna niemal do ostatniego momentu, bo najpierw okazało się , że Lindall potrzebuje osobną wizę, dopiero po dłuższej dyskusji jej uznali tą, którą ma. Ponadto czekałam na erazmusową kasę, miałam wybór albo zapłacić za prom, albo czynsz ;) Koniec końców jedziemy. Mam nadzieję, że uda nam się zobaczyć wszystkie musty, choć trochę trudno to rozpracować godzinami otwarcia. Ale damy radę, wycieczka na wariackich papierach musi się udać :)

A w środę wieczór szturm na stolycę - Helsinki (Kasik, już się nie mogę doczekać :) ). W ramach wizyty tam krótki wypad do Tallina  i  koncert Opethu. Po powrocie spędzę 3 dni w Turku i prawdopobnie wyruszę daleko, bo do Petersburga (o ile załatwię sobie ubezpieczenie, bo mojego euro26 world oczywiście pewnie nie uznają). I wizę, która dla obywateli UE kosztuje jedyne 45 euro :/ Co ciekawe dla USA i Kanady to 120 euro!!! Hehe, choć raz są w gorszej pozycji :) Ale też mi ich żal, bo prawdopodobnie do Rosji nie pojadą przez to. 

W marcu szykuje się wyjazd do Dublina na Dzień św. Patryka, mam nadzieję, że starczy mi pieniędzy na to wszystko :) Oprócz tego Laponia, ale to już na szczęście opłaciłam. I 3 egzaminy.

W kwietniu zaś święta w domu z Lanym Poniedziałkiem w pociągu (bo loty są w pon i pt, więc wracam tu w pon), potem festiwal i KATATONIA . 

W maju wizyty z Polski :)

Także Janku, pewnie Twojego trzeciego razu na nartach nie zobaczę, ale mam nadzieję, że jak przyjadę (kiedyś...), to będziesz już śmigać :)

Ładnie się mój kalendarz prezentuje, nieprawdaż?

wtorek, 3 lutego 2009

Stockholm welcome to!

Tak, udało się zakupić bilet, spędzę całą niedzielę w Kraju Katatonii i Opethu :)))

A w środę wieczór ab nach Helsinki :)))

Aneta, 1-8.05 super :)))

Koniec optymistycznego i jakże treściwego posta ;)

Hilfe!!!!! chaotyczne wywody o 1 w nocy

Po 2 h spędzonych na nauce obsługi matlaba dochodzę do wniosku, że jakiekolwiek programowanie przekracza możliwości mojego bardzo małego móżdżka. Wymyśliłam sobie, że prędzej nauczę się rozwiązywania układów równań w matlabie niż policzę 4 równania na kartce. Chyba jednak się myliłam. Dlatego pora na przerwę, bo zrobię krzywdę laptopowi, a to dopiero będzie problem...

Zacząć powinnam oczywiście od tego, jak spędziłam weekend. W piątek koncert, w sobotę odsypianie 3 dni imprezowania z rzędu (jedyne, do czego się zmusiłam to instalacja matlaba, wróć, do pójścia po płytę do Sergio, który mieszka nade mną ;) ).  Relaks potrzebny był przed niedzielą, ponieważ od 3 tygodni planowałyśmy się wybrać na wyspę Ruissalo. Celem było wyrwanie się wreszcie z Turku (wstyd mi, jutro mija miesiąc mojego pobytu tu a jeszcze nigdzie nie byłam...) i skorzystanie z nadmorskiej sauny :)) (moja pierwsza wizyta w saunie ever). Sauna per se dla mnie nie jest niczym szczególnym (wręcz momentami miałam problemy z oddychaniem), lepszą częścią była kąpiel w Bałtyku :) Kąpiel, czyli dwukrotne wyjście z sauny, przejście ok. 50m po oblodzonym molo na bosaka (bo po co Izie klapki...) i zanurzenie się w wodzie na chwilę. Ku mojemu zdziwieniu, czułam się, jakbym po prostu wchodziła do jeziora, żadnego większego szoku temperaturowego. A po wyjściu z wody mogłabym sobie jeszcze spacerować (w kostiumie kąpielowym, przy -10 st!), gdyby nie zamarzające palce u stóp. Polecam wszystkim planującym wizytę w Turku :) Zdjęcia z my first sauna and Baltic sea experience oczywiście do znalezienia na picasie. Ponadto dorzuciłam trochę zdjęć do folderu z karaoke (dowód na to, że śpiewałam ;) ). Powstał też album z imprezy z poprzedniego posta.

Z ciekawostek odnośnie Finlandii ciągle zapominam napisać o reflektorze. Znaczy odblasku, który każdy ma obowiązek nosić po zmroku. Jego brak grozi upomnieniem ze strony policji (hehe, trzeba jeszcze na policję trafić, a to możliwe chyba tylko w piątkowe i sobotnie noce).

Wystraszyłam ostatnio trochę moje irytujące Włoszki - wtrąciłam się do rozmowy (zrozumiałam zdanie po włosku ;) ) i odpowiedziałam po angielsku (tak daleko jeszcze nie zaszłam, żeby po włosku odpowiadać). Mina Giuli bezcenna :D 

Ponadto opowiedziały mi o włoskim alkoholu produkowanym w regionie, z którego Giulia pochodzi - grappa (wódka 50%), o różnych smakach. Wszystko byłoby w porządku, gdyby cechą szczególną jednej z nich nie była zawartość WĘŻA w butelce...Całego węża...Mój tata zareagował słowami "wiem, widziałem". Wrr, mnie na samą myśl o tym ciarki przechodzą. Ponadto w Bolonii spaghetti bolognese jada się z innym typem makaronu, hehe. W Finlandii z kolei na sałatkę jarzynową mówi się sałatka włoska, a we Włoszech sałatka rosyjska. Pozostając w kwestii jedzenia obcokrajowcy wciąż mnie pytają o pierogi. Aż żałuję, że nie umiem ich robić, bo wszyscy się nimi zachwycają, co dla mnie jest średnio zrozumiałe, ale polską kulturę trzeba krzewić :) 

To by było na tyle dość chaotycznych przemyśleń o 1 w nocy.

Po zajęciach postaram się nabyć bilet do Sztokholmu na weekend (trzymać kciuki!!), a przyszły weekend na pewno w Helsinkach (wreszcie!!!) z koncertem Opethu :)))

@Łukasz M. - pomysł z rankingiem muzyki strasznie mi się podoba, ale nie wiem, kiedy będę miała okazję go zrealizować...

piątek, 30 stycznia 2009

My first SITZ party

Sitz to tradycyjna impreza fińska (podobno szwedzko - języcznych Finów konkretnie).  Rządzi się swoimi regułami, których należy przestrzegać (w przeciwnym razie czeka bad and nasty punishment - podobno jakiś ohydny shot z mieszanki alkoholowej). Reguły ustala oczywiście prezydent ESN (we are the rules, just do what we tell you). Najtrudniejsza reguła do przestrzegania to zapewne zakaz wstawania od stołu poza przerwami. Nawet wyjście do toalety nie jest uzasadnione, należy czekać...A jak konkretnie taka impreza wygląda? Z założenia mieliśmy siedzieć koło obcych ludzi, co nie do końca się udało, bo nie znałam tylko 2 osób ze swojego najbliższego otoczenia ;) Serwowane są 3 posiłki (wciąż zastanawiam się, co było trzecim, surówka na wejściu czy kawa na wyjściu ;) ). Miała to być tradycyjna potrawa fińska, więc trochę się obawiałam, ale nie jadłam nic od 13 i w międzyczasie byłam na łyżwach, więc nawet reindeera bym chyba zjadła...Na szczęście zaserwowano coś na kształt lasagne, tylko z innym makaronem (pychota!). Potem mus czekoladowy na deser (zdecydowanie nie pasował do piwa). W międzyczasie robiliśmy rundkę przedstawiania się i każdy miał podać swoje ulubione słowo po fińsku lub szwedzku (oczywiście królowały słowa typu dziękuję, piwo i nazwy klubów). Ponadto śpiewaliśmy pijackie piosenki w różnych językach (niestety nie mieli nic po polsku), co było trochę trudne np. po fińsku (mieliśmy śpiewniki). Podczas jednej z piosenek musieliśmy trzymać sąsiadów pod rękę i kolejno śpiewaliśmy na stojąco, stojąc na krzesłach i kucając pod stołem :)) Mniej przyjemną zabawą był wyścig z kostką lodu. Zostaliśmy podzieleni na 2 drużyny (wedle połów stołu) i musieliśmy przetransportować kostkę lodu do ostatniej osoby w ustach (znaczy wyjmując ustami z ust poprzednika). Choć najgorszą częścią było, jak nasza kostka zaliczyła podłogę przy początku kolejki i kolejna osoba musiała ją wziąć z podłogi do buzi, bleeeee. Oczywiście przez ten wypadek przegraliśmy. Pijackie piosenki śpiewa się przy alkoholu, na hasło wykonuje się toast (stukając się z sąsiadami w odpowiedniej kolejności, zależnie od płci). Okazuje się, że patrzenie w oczy podczas toastu, to tradycja międzynarodowa :) (otherwise 7 years of bad sex). W cenie imprezy uwzględnione mieliśmy 1 piwo i kieliszek wódki, potem można było dokupywać, krzycząc beer albo snaps (shot po szwedzku, nazwa jak niemiecki Schnaps), wszystko oczywiście przynoszone do stolika, wstawać wszak nie można ;) W cenie biletu była jeszcze kawa i drink do kawy (nazwy nie zapamiętałam), znaczy kieliszek czegoś podobnego do Becherovki (kolega Słowak polemizował, ale w końcu przyznał mi rację, że to smakowało trochę, jak becherovka, więc wyobraźcie sobie, jak to pasuje do kawy... A oni to nawet mieszają, hmm). Impreza siedziana z dobrym jedzeniem, więc nic dodać nic ująć :) (no może wyjące Hiszpanki, nie wiedziałam, że kika dziewczyn może robić tyle hałasu).

Potem impreza przeniosła się do jednego z klubów, gdzie miały nas spotkać wampiry (więc w moim kapturze idealnie pasowałam, hehehe. Choć dyskusje: you're a witch! No, I'm an elf! już mi się trochę znudziły ;) ). Rzeczywiście był tam jakiś bal przebierańców, ale na górze i nie mogliśmy w nim uczestniczyć (za to oni mogli schodzić na dół). W kapturze udało mi się tam wejść na chwilę, muzykę lepszą mieli. Ale na muzykę nie mogę narzekać, byłam chyba jedyną osobą, której się podobało (np. Placebo). Przez kolegę Brazyliczyka straciłam rachubę piw (ale od czego jest pamięć zewnętrzna w postaci bankowości internetowej), bo nie zdążyłam jeszcze dopić, a on już krzyczał let's get the next one ;) Ale nie ma tu żadnych podtekstów, czy też myśli ukrytych między wierszami. Od zachowań typowo erazmusowych dzielą mnie mury, których nie można obejść, przeskoczyć, ani zburzyć :P 

To by było na tyle chyba, opis szczegółowy i wyczerpujący. A dziś koncert, trzeci dzień imprez z rzędu. Ciężkie jest życie erazmusa...

EDIT: dla niewtajemniczonych, mój kaptur wygląda następująco

czwartek, 29 stycznia 2009

Wkrótce stanę się prawdziwym erazmusem?

Podczas wczorajszego hevikaraoke śpiewałam. Co prawda tylko raz i nie sama, ale nie trzeba mnie było absolutnie namawiać. Po prostu wszyscy znajomi śpiewali, więc stwierdziłam, a co mi szkodzi. Pewnie zabolało to publiczność, na szczęście pomidorów nie mieli ;)

Do typowego erazmusa jeszcze trochę mi brakuje, choć częstotliwość imprez mi rośnie. Jest to niepokojące, bo prace domowe same się nie odrobią. Także pozostaje nadzieja, że wkrótce mi się znudzi. Choć karaoke to już niemal tradycja ;)

Garść zaskakujących spostrzeżeń:

1. Trójka znajomych Niemców wracała z imprezy, jeden z nich totalnie pijany, nie był w stanie utrzymać równowagi na rowerze. Chcieli mu zamówić taksówkę i go do niej wpakować, ale się nie zgodził. Pomagali im jacyś Finowie, ale koleś się opierał. Jaka była rada tubylców? Zadzwońcie po policję... To też uczynili i koleś spędził noc i część dnia w areszcie... Jestem w szoku, że można tak znajomego załatwić.

2. Pijani Finowie w środową noc (godzina 23): jeden idzie slalomem po całym chodniku, w pewnym momencie rozpina spodnie i zaczyna załatwiać swoją potrzebę kontynuując "spacer". Dalej 2 dziewczyny, jedna próbuje podtrzymywać drugą, niestety przychodzi jej to z trudem i zahaczają o wszystko po drodze (łącznie z koszami na śmieci). Godzina 1.30 - jeden koleś leży na chodniku, drugi w niewiele lepszym stanie próbuje go podnieść...Tak wygląda środek tygodnia w kraju, w którym alkohol w sklepach sprzedaje się do godziny 21...

poniedziałek, 26 stycznia 2009

There's no such thing as a free lunch...

Hmm, polemizowalabym. Dzis nie dzialal terminal i nie moglam zaplacic 2,6€ za swoj lunch karta, a nie mialam zadnej gotowki. Koles stojacy za mna w kolejce to widzial i po prostu wyciagnal reke z kasa. W sumie to nie wiem, czemu sie wzielam, pozyczylam od znajomych, ale gdybym byla sama, to pewnie obalilabym twierdzenie z tytulu posta ;)

PS: I miss u, guys!! :((

niedziela, 25 stycznia 2009

Fińska uprzejmość c.d.

Najwyraźniej nie dotyczy kierowców autobusów. Nie zatrzymują się, nawet jeśli widzą osobę biegnącą i stukającą w szyby pojazdu. Ponadto właśnie wróciły moje 2 irytujące Włoszki wkurzone, bo na przystanku stało łącznie z nimi 6 osób. Autobus przyjechał, ale się nie zatrzymał, mimo że nie był pełny. Dlaczego? Bo nikt nie pomachał. A to jest jedyny autobus kursujący w niedziele, także wiadomo było, że ludzie czekają na TEN, a nie inny autobus. Chyba że stoją sobie na przystanku just for fun. Czyli sprawdza się teoria z survival guide, żeby machać, bo jeśli nikt nie wysiada to autobus się nie zatrzyma, nawet jeśli widzi tłum ludzi na przystanku. Hmm...

Garść spostrzeżeń

Weekend w Turku mija spokojnie ze snem do 12 (przez co znowu nie pojechałam na wyspy i zobaczyć Bałtyk). W piątek była powtórka z karaoke Rokkibaari, ale tym razem w większym składzie i 2 koleżanki śpiewały (zdjęcia na picasie) :) Różnica między środą a piątkiem porażająca HIMem i Bon Jovim. Wczoraj za to wybrałyśmy się na koncert, którego nie było. Skończyło się na tym, że jadłam najdroższy (5 eur) i zarazem najgorszy kebab (nie oglądajcie podczas jedzenia ;) ) w życiu. Mięso wołowe pokrojone w długie cienkie paski, jak spaghetti. Ble, nigdy więcej. Także lista rzeczy (czy raczej artykułów spożywczych), których mi tu brakuje, rośnie.

Pozostając w tematyce jedzenia, w czwartek spotkałam się z tutorką i jej pozostałymi podopiecznymi na lunchu, który był tradycyjną potrawą szwedzką. Skończyło się na tym, że jadłam chleb z surówkami, bo te ziemniaki były tak słone jak woda w Morzu Śródziemnym. Potrawa nazywa się Janssons frestelse, w jej skład wchodzą ziemniaki pokroje na frytki, cebula, szprotki i śmietana. Mieszanka dziwna, ale gdyby nie przesolić, to mogłoby smakować nieźle. Wygląda tak

Przy okazji lunchu spytałam moją tutorkę, czy jest szwedzko czy fińsko - języczna. Odpowiedź była bardzo zaskakująca, mianowicie: "I speak Swedish with my dad and Finnish with my mum". To podobno standard w rejonach nadmorskich (czyli tam, gdzie mieszka mniejszość szwedzka, ok.5,5% populacji Finlandii). Rodzice porozumiewają się po fińsku, bo jej tata studiował po fińsku. Z braćmi rozmawia po szwedzku. Co ciekawe Finlandia nie jest tak naprawdę bilingualna a tri?lingualna. W każdym bądź razie wśród języków urzędowych oprócz fińskiego i szwedzkiego znajduje się także Sami, czyli język Lapończyków (jest to regionalny język oficjalny). A wracając jeszcze do fińskiego i szwedzkiego, to kiedyś istniał obowiązek nauki obu języków na każdym szczeblu edukacji, obecnie go zniesiono. Zaowocowało to oczywiście tym, że Finowie przestali uczyć się szwedzkiego, co prowadzi także do słabszej znajomości angielskiego. Słaba znajomość angielskiego w tym kraju jest natomiast zupełnie niezrozumiała, ponieważ nie ma dubbingu (poza bajkami) w filmach, nawet w telewizji. Czyli wszystkie filmy/seriale ogląda się tak, jak w polskim kinie, zdarza się nawet, że napisy  wyświetlane są zarówno po fińsku jak i po szwedzku, przez co zajmują pół ekranu. Za to erazmusy mogą chodzić do kina, jeśli tylko są chętni wydać 10,5 eur na bilet ;)

Warto jeszcze wspomnieć o uczciwości Finów (przynajmniej niektórych) na przykładzie środowo - czwartkowej przygody kolegi Brazylijczyka. Jak wracaliśmy z imprezy wypadł mu paszport z kieszeni i został w taksówce. Kolega zauważył to dopiero po wejściu do mieszkania, wrócił się na drogę i tam szukał. Numeru do tej sieci taksówek nie mieliśmy, bo prosiliśmy innego taksówkarza, żeby nam zadzwonił po taryfę na 7 osób. Także dno totalne. Następnego dnia kolega wraca z zajęć i współlokator wręcza mu jego paszport. Jak to się stało? Otóż przemiła pani taksówkarz przyjechała tu i sprawdzała nazwiska na ok.200 skrzynkach na listy (po 3 na każdej) w poszukiwaniu jego! Niesamowite szczęście, zwłaszcza, że kolega zdążył już zadzwonić do swojej ambasady i dowiedzieć się, że do wyrobienia nowego paszportu potrzebuje np. świstka, że wywiązał się ze służby wojskowej i z wyborów (cokolwiek by to miało znaczyć), obydwu dokumentów oczywiście tu ze sobą nie przywoził.

czwartek, 22 stycznia 2009

Hevikaraoke, czyli to, co Finowie lubią najbardziej :)

Wreszcie udało mi się to zobaczyć, całkiem spontanicznie, bo szłyśmy z Lindall na imprezę erazmusową do klubu, a wylądowałyśmy tam, bo powiedziałam, że w Marilyn to mi się  na pewno nie będzie podobało (w sumie się myliłam, ale o tym później). W zeszłym tygodniu słyszałyśmy o barze, w którym w środy i piątki odbywa się karaoke, a śpiewane są piosenki z repertuaru Metallici, SOAD, Ironów, itp. Zdarzają się też jakieś fińskie gwiazdy (mają oczywiście Lordi, ale nie wiem, czy ktoś to wybiera). Ludzie, którzy śpiewają robią to naprawdę nieźle. Podejrzewam jednak, że to kwestia rutyny. Całkiem miło się słucha, ale niestety muzyka jest za głośna i nie można za bardzo rozmawiać, także tylko się siedzi i patrzy na śpiewającego/jącą. Nie muszę chyba pisać, że większość z nich a)jest orginalnie ubranych, b)robi show, znaczy nie stoi sztywno podczas śpiewania. Podobno jednak najlepsze przedstawienie robią obcokrajowcy z naciskiem na Hiszpanów (w Student's Village ich jest pod dostatkiem), sprawdzę w piątek, bo wczoraj wszyscy pewnie byli w Marilyn (można było dostać kartę VIP upoważniającą do wstępu tam i do kilku innych klubów za darmo). Wczoraj było bardzo mało osób, ale to malutki bar, tylko ze 4 stoliki. Co ciekawe ludzie po prostu dosiadają się do nieznajomych, nie pytając nawet czy mogą (choć mega przystojny Fin, który dosiadł się do nas coś spytał, nim usiadł ;) ale do podjęcia rozmowy po angielsku nie był zbyt chętny, mimo że mówił dobrze). W tym barze spotkałyśmy 2 koleżanki, które wpadły tam tylko na drinka, po czym miały zamiar iść na tę imprezę erazmusową, więc się przyłączyłyśmy. Ku memu zaskoczeniu było ok, najbardziej znośna muzyka np. makarena. A moje wątpliwości co do tego miejsca wynikały z plot zasłyszanych wcześniej, znaczy że jest to miejsce "where Finnish girls go where they look for pleasure". Chyba że nie przychodzą w środy ;) A negatywnie zaskakujące w tym miejscu było istnienie sali, w której można palić. Nie można palić we własnych mieszkaniach, a można w klubach, hmm coś mi tu nie gra. Zwłaszcza, że sale nie były szczególnie oddzielonie i pierwszy raz poczułam się jak po wizycie w barze w PL. W sali palaczy jest karaoke z piosenkami np. Britney Spears, dość drastyczna zmiana klimatu po przejściu z Rokkibaari, muszę przyznać ;)

Pogoda płata figle nieustannie, jednego dnia budzę się, a na dworze biało i ziiimno. Następnego ranka śladu po śniegu nie ma, no może poza chlapą i pada deszcz. Wieczorem oczywiście szklanka na drogach. Nie wiadomo jak się ubierać. Dziś drugi raz chodziłam w poszukiwaniu czapki i tym razem wróciłam ze słownikiem polsko - fińskim. Ale idealnej czapki wciąż nie znalazłam, obym więcej rzeczy nie zgubiła :/

EDIT: Nie, nie wyłam na karaoke, tylko słuchałam :P

wtorek, 20 stycznia 2009

Brak weny....

Niestety wyczerpaly mi sie pomysly na posty. Stad ostatnie takie lakoniczne, albo malo ciekawe. Dzisiejszy tez do takich nalezy, postanowilam napisac troche o Åbo Akademi (bardziej dla siebie, niz dla czytelnikow, wybaczcie).

Uczelnia miesci sie w samym centrum Turku, kampus nie jest jakos osobno odgrodzony od reszty miasta. Mimo ze studiuje tu duzo mniej osob niz na SGH, to budynkow jest wiecej, ale sa male (wydzialy maja swoje budynki), na dodatek przemieszane z Turun Yliopisto - Uniwersytet Turku (Åbo to miasto uniwerstyteckie - na ok. 180 tys. mieszkancow znajduja sie tu 2 uniwersytety, school of economics i politechnika). Kazda uczelnia ma kilka swoich stolowek (mozemy jesc lunche w tej samej cenie 2,20 - wege lub 2,60 euro), porozrzucanych po calym kampusie (nie wszystkie udalo mi sie jeszcze zlokalizowac, jadam na zmiane w 3). Dania na stolowkach sa zjadliwe. Niewiele wymagam za taka cene, wiec przyzwyczailam sie, ze wszystko wyglada normalnie, ale smakuje albo slono, albo mdlo. Ale zazwyczaj slono niestety. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, ze surowki sa dobre i mozna ich brac duuuzo :)

Co do moich zajec tutaj, to mam teraz 4 przedmioty, co jest dosc spora liczba, bo np. w poniedzialek mam zajecia od 10 do 17 (12-13 to zawsze przerwa na lunch, bardzo dobry wynalazek).

Development and sustainability - troche czego innego sie spodziewalam, ale jak na razie jestem zadowolona, zajmujemy sie problemem world food security. Na kazde zajecia musimy przeczytac kolejny paper i przygotowac pytanie do niego, a na nastepnych zajeciach profesor na nasze pytania odpowiada (my tez mozemy sie wypowiadac). Na zaliczenie mamy napisac esej na ok. 5 stron i bedzie egzamin ustny, ktory bedzie mial forme grupowych dyskusji, czyli zupelna nowosc dla mnie. Ale profesor sam zapowiedzial, zebysmy sie zaliczeniem nie przejmowali :)

Markov Chains - moj absolutny faworyt podczas wybierania przedmiotow jeszcze w Polsce, teraz ustapil miejsca powyzszemu. Powodem jest profesor, ktory na zajeciach pokazuje slajdy i malo pisze na tablicy, na dodatek mowi monotonnym glosem (to ogolny problem facetow tutaj). Dzis mialam pierwsze cwiczenia (zajecia odbywaja sie 3 razy w tygodniu, w tym raz cwiczenia), mielismy w domu zrobic zadania, na poczatku prowadzaca puscila liste, na ktorej zaznaczalismy, ktore zadania zrobilismy i potem brala nas do tablicy. Troche to stresujace, zwlaszcza ze kobieta wyglada strasznie (wiem, ze okropnie to brzmi, ale tak jest) i beznadziejnie mowi po angielsku, nie umie w ogole niczego wytlumaczyc. Na dodatek nie przeliczyla sobie tych zadan w domu i nie wiedziala, co zrobic jak kilka osob mialo rozne wyniki. Porazka. Oprocz cwiczen mamy tez w domu napisac kilka programow do symulacji lancuchow (pierwszy na za 2 tygodnie), ciekawe co z tego wyjdzie...

Swedish for beginners - ble, szkoda slow. I whish I chose Finnish - to zdanie powtarzam dosc czesto (a wyboru nie moge juz zmienic). Jakos trzeba bylo dobic do 25 ECTS, a sporo przedmiotow po angielsku sie pokrywa. Z zalet przedmiotu - przynajmniej pojedyncze slowa z ulotek i informacji na uczelni wylapuje.

International trade - powtorka z MSG, pewnie w bardziej ograniczonym zakresie, bo duzo mniej godzin. Powod wyboru jak powyzej. Wykladowca nagrywa wyklady i zamieszcza je w necie, ponadto sa slajdy, takze absolutnie demotywuje do chodzenia na zajecia (choc mowi ciekawie i jako jedyny nie ma monotonnego glosu).

Ogolnie wybor przedmiotow calkiem niezly, utrzymuje kontakt zarowno z ekonomia jak i z matematyka.

Lucy w Waszyngtonie bedzie witac Obame, natomiast ja tutaj bede zegnac Busha, Amerykanie urzadzaja mu farewell party ;)

Zagladajcie na picase, nowe zdjecia dodawalam ostatnio dosc czesto (choc w niewielkich ilosciach). Zdjec uczelni jeszcze nie mam, zapominam sfocic jak mam przy sobie aparat. Ale nic ciekawego generalnie.

PS: Kupilam LADNE pocztowki :))

PPS: Postanowilam utrzymac srednia 1 post na 2 dni ;)

niedziela, 18 stycznia 2009

Nadszedł czas nauki...

dlatego piszę posta ;) Bo mi się nie chce... A czeka mnie praca domowa ze szwedzkiego, którego nie lubię i z 2 innych przedmiotów. Także ogólnie trochę roboty tu będę miała. Jak na razie zamiast się wziąć za naukę jakąś cieszę się internetem w pokoju :)) 

Sfociłam wreszcie okolicę, w której mieszkam. Okazało się, że to co widzę przez okno rzeczywiście jest lodowiskiem (zalane boisko) :)) Pozostaje więc tylko łyżwy kupić w miejscu, które na mapie oznaczyłam dziurą (niepiszącym długopisem) ;). Ale moja mapa ogólnie jest do niczego, nie ma indeksu i nie obejmuje całego miasta. Pierwszy problem rozwiązuje googlemaps i kropka na mapie, drugi na szczęście jeszcze nie wystąpił. Podobno nad morzem są najfajniejsze sauny, więc chyba jednak będę musiała kiedyś zainwestować w lepszą mapę, żeby móc się tam wybrać. Szukam też pocztówek, bo te, które do tej pory widziałam są obrzydliwe. Także żadnych jeszcze nie wysyłałam, ani nie zasiliłam swojej kolekcji :(

W ramach zapoznawania się z fińską kulturą wczoraj próbowałam ichniego alkoholu domowej roboty, znaczy wódki z samiakami (nie pamiętam dokładnie nazwy tych cukierków, takie czarne obrzydliwe żelki). Smakuje słono i nie jest to dobre (choć z tego co widziałam, wzięcie ma ;) ).

Turku wciąż mnie czymś zaskakuje (poza ciągiem Fibunacciego), do zobaczenia zostały mi jeszcze te nadmorskie sauny (po wyjściu wskakuje się do Bałtyku...), okoliczne wyspy, kraina Muminków... Ciągle dowiaduję się czegoś nowego, powinnam to wszystko zapisywać ;)

Dodałam też jakieś zdjęcia na picasę, zapraszam do obejrzenia (na bloga nie będę osobno wrzucać).

piątek, 16 stycznia 2009

Oh, so it's so expensive here for you too!

To reakcja na to, że jestem z Polski. Wielką radość tym sprawiłam koleżance z Rumunii. A zdanie tytułowe wyraża moje wrażenia z pierwszych kilku dni, powoli się do poziomu cen tu przyzwyczajam.

Warsaw School of Economics

"wow"
Zapomnialam juz, jak ludzie regauja na nasza alma mater, ale spotkalam Polaka i mi przypomnial ;)

środa, 14 stycznia 2009

Nie moge kultywowac swoich germanskich zwyczajow.

Tym razem bedzie post przede wszystkim o mleku. A raczej o zamilowaniu Finow do spozywania mleka do obiadu. Minimum po jednej szklance (2 szklanki wody/soku/mleka sa w cenie lunchu). Wciaz mnie to dziwi. Niestety za herbate trzeba placic dodatkowo. Dlatego zmieniam nawyki (ale w kierunku soku i wody :P). Oprocz mleka pelno tu tez kakao - w automatach z kawa zawsze jest. Dlatego zaczelam pic kakao zamiast porannej kawy. Lindall sie ze mnie smieje, bo podobno w RPA oni pija kakao/goraca czekolade latem. Nie pytajcie mnie dlaczego, nie umiala mi wytlumaczyc zasadnosci picia goracych napojow w upalny dzien.

Podobnie jak Janek zaliczylam wizyte w second handzie, ale takim wylacznie ubraniowym i moje wrazenie roznia sie od jego zdecydowanie. Ubrania normalnej jakosci w niskich cenach.

Co do mojej uczelnianej biblioteki, to mnie na kazdym kroku zaskakuje. Rowniez mam dostep do baz (bede miala, jak mi podlacza net w pokoju, zaplacilam juz fakture! :)) , ale totalnie nie rozumiem katalogow. Sprawdzam dostepnosc ksiazek i widze, ze wszystkie sa wypozyczone, po czym ide do biblioteki studenckiej, a tam stoi 5 kopii wolnych. Bo w bibliotece samemu sie chodzi miedzy polkami i wybiera ksiazki, czym jestem zauroczona.

Z obserwacji Finow - jak juz ktorys jest przystojny, to ma zel we wlosach w duzej ilosci.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Jade do Laponii!!!

Don't worry, we'll work it out, you should go to Lapland! - rozwiazal sie moj najwiekszy problem :) Znaczy termin egzaminu z Markov Chains pokrywa sie z wycieczka do Laponii, za ktora zaplacilam zanim sie dowiedzialam o egzaminie. Napisze go w innym terminie. UFF :)

Jak widać, częstotliwość postów spada, co oznacza, że emocje opadają ;)

Ogłoszenie parafialne – zamieściłam trochę zdjęć na picasie , zapraszam do obejrzenia (oprocz samego miasta doszly juz zdjecia z mojego mieszkania).

W piątek miałam pierwsze zajęcia i pojawił się pierwszy problem zwiazany z egzaminem, ale juz rozwiazany. Ponadto prześladuje mnie programowanie, tym razem w matlabie, dobrze że go zgrałam tuż przed wyjazdem (i dziękuję!). Co nie zmienia faktu, że będę musiała się nauczyć go używać.

Za mną także pierwsza erazmusowa impreza. Byłam do niej bardzo sceptycznie nastawiona, ale okazała się całkiem fajna. Poznałam Niemca i Francuza, niemalże słuchających słusznej muzyki (znaczy na etapie Nightwisha i Sonata Arctica ;) ). Także większość czasu przegadałam o muzyce i koncertach, festiwalach. Zaskoczyła mnie też Kanadyjka, która zna Myslovitz. Poznałam Polaków, którzy są tu od sierpnia, także dostałam porcję praktycznych rad J A mówienie po polsku sprawia mi coraz większe problemy.

Jednym z głównych tematów na imprezie była oczywiście wymiana doświadczeń związanych z pobytem w kraju rozmówcy. Finka opowiedziała mi historię swojego brata, który w polskim MacDonaldzie trafił na nieprzeciętną kasjerkę. Przyjęła zamówienie, po czym coś powiedziała (coś jak „forte”) i schowała się pod ladą. Za chwilę podeszła inna i dokończyła obsługiwać, tamta siedziała pod ladą. Niestety nie umiałam wytłumaczyć tego zdarzenia ;) Ogólnie jestem zaskoczona, jak dużo osób było w Polsce. Prawie wszyscy bym powiedziała byli w Warszawie. Niektórym się nawet podobało.

W piątek popołudniu na ulicę wyszły liczne grupki punków. Spotykałyśmy ich na każdym kroku (podczas wybierania pierwszych kozaków Amerykanki z Colorado – nie wiedziałam, że można się tak ekscytować wyborem butów, chciała się poczuć europejsko, wcześniej nie widziała osób noszących spodnie w butach ;) ). Podobno mają tu miejsca z rockowym karaoke, więc pewnie tam ci przebierańcy zmierzali. Powinnam byla im zdjecia robic.

Z cyklu fińskich obserwacji – mnóstwo osób jeździ na rowerach – w piątek się ociepliło do 0 i pojawiły się tłumy rowerzystów, co powoduje trochę zamętu, bo chodniki są zaśnieżone i nie widać ścieżek rowerowych (ale ślady opon to indykują). Ponadto chłopaki twierdzą, że Finowie to beznadziejni kierowcy, ja tam nie wiem, drogi są ciągle ośnieżone i śliskie, więc chyba niewiele można oczekiwać. I nie rozumiem tutejszych rozkładów jazdy autobusów, wygląda na to, że na każdym przystanku wywieszony jest rozkład z pierwszego przystanku i trzeba sobie wyliczyć, o której autobus będzie w konkretnym miejscu. W przypadku mojego mieszkania to 9 minut, ale to się nie zawsze sprawdza, raz się zdarzyło, że autobus odjechał przed rozkładowym czasem. Trzeba spytać tutorki, o co chodzi. Pod moje mieszkanie podjeżdża nocny (znalezienie przystanku na rynku do najprostszych czynności nie należało), ale tylko w piątki i soboty. Lepszy rydz niż nic ;)

W przewodniku o Finlandii wyczytałam, że ta część kraju, w której się znajduję jest najgęściej zaludniona. Hmm. Osiedle, pole, osiedle, pole ;) Dziwne uczucie, ale wszyscy z większych miast tak mają. I te pustki w sklepach, zero tłumów i kolejek, pomimo 50-70% wyprzedaży.

Na koniec poniedzialkowy weather update. Snieg zniknal! Znaczy stopnial, odwilz mamy :(( Takze chyba skonczyla sie moja wymarzona zima, a zaczela typowo finska, Kasik czy to ma cos wspolnego z Twoim przyjazdem? :P

Powolutku wracam do zdrowia, znaczy dzis przymusowo po 2 dniach opuscilam lozko, zeby isc na caly dzien zajec. Ale wkrotce do niego wracam (znaczy do lozka).

PS: Lukaszu M., nie poczules sie wywolany do tablicy w zwiazku z tym pomiarem ochrony srodowiska? Bo ja liczylam na jakies informacje :)

PPS: Podobno mam brytyjski akcent, hehe :)))

czwartek, 8 stycznia 2009

Powinnam była urodzić się Finką.

Teraz już się zupełnie pogubiłam, co już napisałam, a czego jeszcze nie.

Anyway, przeżywam fascynację Finlandią (pierwszy etap szoku kulturowego ;) ). Są oczywiście rzeczy, które mnie wkurzają, jak te wszystkie formalności, formularze do wypełnienia. I te wszystkie kaucje – łącznie chyba ze 400 euro… Ale gdzie indziej w zwykłym pubie w radio usłyszę Map of the problematique? 

Środa to był mega męczący dzień wykładów wprowadzających, ale wzięłam laptopa, więc czas płynął szybciej. Jedynie ostatni był fajny – o Finach :) Co zapamiętałam? The Fins don’t talk if they don’t have anything to say. This doesn’t mean they’re boring. Ich język to muzyka dla moich uszu, czuję się jak wśród elfów z Władcy Pierścieni (zwłaszcza, że dziewczyny mają rysy twarzy podobne do Liv Tyler w tym filmie). Chyba zapiszę się na zajęcia z fińskiego :) Kolejne zdanie, które zapamiętałam z tego wykładu to „Fins do not do drugs. Fins do alkohol.” (mają najmniej uzależnionych od narkotyków na świecie). Z tym alkoholem to nasze tutorki też twierdzą, że to narodowy problem. Podobno mamy to zauważyć chodząc wieczorami po ulicach, ale jak się zrobi cieplej. Moja tutorka opowiadała, że u niej w śmietniku mieszka człowiek, ale przychodzi wieczorami, więc ona wynosi śmieci tylko jak jest jasno (czyli w godz. 10-16). A prawo mówi, że każdy musi mieć dom, więc tacy ludzie prawdopodobnie przepijają cały zasiłek otrzymywany od państwa (co chyba nie jest trudne przy tych cenach). Estonia uważana tu jest za raj alkoholowy. Takie magiczne słowo wypowiadane rozmarzonym głosem (2h promem z Helsinek, ok. 30euro w 2 strony, oni uważają, że to bardzo tanio). W ogóle oni ciągle gadają o alkoholu, podobnie jak erazmusy. Stąd ja tyle o tym piszę. Z innych ciekawostek, to była mowa o zamiłowaniu Finów do rocka i o tym, że oni zawsze mieli świetne zespoły, ale dopiero niedawno się kapnęli, że nikt nie rozumie ich języka i trzeba śpiewać po angielsku, żeby stać się sławnym na świecie. Prezentująca wyglądała na całkiem dumną z tych pajaców, którzy wygrali eurowizję, LOL (Fins love hard rock!).

Z cyklu formalności - pozostało mi jeszcze zameldować się na policji (oni chyba chcą znać stan swojej populacji co do człowieka, mają fioła na punkcie tego, że jest ich tak mało – 5,3 mln). Osoby spoza EU muszą z kolei podać swój adres na poczcie, no idea po co. 

Najgorszą częścią prezentacji była chyba 20 minutowa pogadanka o tym, co to jest plagiat i jak pisać eseje…Co ciekawe byli ludzie, którzy to grzecznie notowali. 

Pojawiła się współlokatorka nr 3 – Włoszka. Na szczęście mówi po angielsku (mam pewne uprzedzenia co do tego narodu). Tak śmiesznego akcentu jeszcze nie słyszałam, ale przynajmniej bez problemu można zrozumieć. Lindahl będzie nieszczęśliwa, już się cieszyłyśmy, że będziemy mieszkać tylko we 2. Trochę jednak żałuję, że nie zdecydowałam się na akademik, ponieważ mieszkamy trochę z boku, ze 30 min pieszo od Student’s Village, gdzie toczy się bujne życie erazmusowe, z tego co słyszałam. Ale ja bardziej chcę poznać Finów, bo wciąż nie miałam okazji z żadnym młodym rozmawiać. :( Natomiast tutorki zabrały nas do przeciętnego w cenach pubu, żeby nam pokazać, gdzie tacy „stereotypowi” Finowie siedzą. Hmm, chyba ja mówiłam najgłośniej, mimo że było ich tam kilkunastu. Ale trzeźwi jeszcze byli ;)

Zapoznam Was jeszcze z mottem tego kraju obsesji na punkcie recyclingu (najlepiej na świecie dbają o środowisko, aczkolwiek nie wiem jak to można zmierzyć – pewnie jeden z czytelników wie): Buy services rather than goods!

Czekam aż więcej osób „się szarpnie” (:P) i napisze mi maila! 

PS: Jak to jest możliwe, że zamki do pokojów się różnią, natomiast wszystkie klucze pasują do drzwi wejściowych do mieszkania?
PPS: Sporo osób podziwia centralne ogrzewanie jako wyjątkowy wynalazek :D
PPPS (ciekawe, dokąd mogę dojść): Spytałam tutorki, dlaczego nie dostaliśmy ich adresów wcześniej i mi powiedziały, że wtedy je byśmy zasypywali mailami (a nie International Office). Ale dlaczego nie informują o tym, czy ktoś Erasmusa odbierze z dworca już nie wiedziały.

środa, 7 stycznia 2009

look wstecz

Pewnie trochę informacji się powtórzy, ale zamieszczę to co zapisałam sobie w niedzielę wieczorem:

Ostrzegam, że jak zwykle mocno szczegółowo ;)

4.01.2009


Najpierw oczywiście opis podróży, która poszła gładko, tak jak sobie zaplanowałam 
Wylot w Okęcia, pierwszy raz z Terminalu 2 – brak mi słów. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego na lotnisku powinno się być 2 godziny przed odlotem. Dziś zostało mi raptem 20 minut czasu po odprawie! Zdążyłam tylko kupić pseudo obiad w postaci kanapki na ciepło, zamiast hulać w wolnocłowych sklepach (znaczy ominął mnie window shopping). Dlaczego? Otóż odlotów było całe mnóstwo a czynne może ze 3 stanowiska do odprawy (bagażu podręcznego), co implikowało kolejką przez pół hali. Po prostu genialnie. Kolejna rzecz, która mnie negatywnie zaskoczyła , to fakt, że w jednej (z łącznej zawrotnej liczby 2) restauracji można płacić tylko gotówką (bo się zepsuł terminal) i tylko w złotówkach. Większość obcokrajowców odchodziła mocno podirytowana i wciąż głodna. Tak prezentuje się nasz nowiusieńki terminal, długo czekający na oddanie do użytku, w stolicy naszego pięknego kraju. Przypomniały o sobie także pasy startowe (1,5 roku temu jak wracałam z Paryża, to lot był opóźniony z godzinę, bo w Warszawie działał tylko jeden z dwóch pasów startowych - wtedy strasznie mnie to śmieszyło, że na najważniejszym lotnisku w kraju mamy tylko 2 pasy) – staliśmy w kolejce do odlotu! Samolot za samolotem. Po kolei wjeżdżały na pas, żeby wystartować. Korek normalnie.
Lot jak to lot, bez sensacji. Lekkie opóźnienie (przez Stau na pasie startowym) podniosło mi poziom adrenaliny, bo planowo miałam 1h 10min na przesiadkę w Helsingfors (Helsinki po szwedzku, brzmi tak, hmm, wikingowo :D ) do autobusu do Turku. Ale kto jak nie ja (wbrew jękom rodziców), stanowiska autobusowe znajdują się tuż przy wyjściu z lotniska, więc jeszcze z 15min czekałam na podstawienie autobusu. 
Express Bus śmiało można porównać do National Express. Kierowca pakuje bagaże. Brakuje telewizora (w NE chyba był). Ale standard autobusów podobny. Co mnie mocno zaskoczyło, to że z godzinę drogi jechałam bez biletu. Na początku mnie to stresowało, potem się przyzwyczaiłam, w końcu to prawie 30 euro w kieszeni (zniżki mają tylko fińscy studenci niestety). Ale mój problem (?) rozwiązał się na jednej ze stacji, kiedy to wsiadła pani z kasą fiskalną i zaczęła bilety sprzedawać. Ciekawy pomysł, zwłaszcza że przecież mogłam powiedzieć, że ja wsiadłam na poprzednim przystanku, a nie jadę już z 50km ;-) Kierowca w autobusie sporo mówi. Nie mam pojęcia o czym, ale na pewno się wita i żegna. Ale wszyscy (łącznie z nim) mówią po angielsku, więc jak na razie jestem uspokojona, problemów z komunikacją chyba nie będzie. 
Pierwsze spostrzeżenia dotyczące Finlandii? Zamki zamykają się w odwrotną stronę! Znaczy takie np. w publicznych toaletach (u mnie w mieszkaniu też) u nas przekręca się DO drzwi zatrzaskując, a tu jest odwrotnie. Obym żadnego nie rozwaliła. Ponadto włączniki światła znajdują się na wysokości może 80cm nad ziemią. Dla mojej tutorki wydało się to normalne, ja szukałam na wysokości głowy i nie znalazłam. Większość napisów jest dwujęzyczna – po fińsku i szwedzku (pilot w samolocie obu języków używał i dopiero angielski), np. na znakach drogowych, nazwy miejscowości. Drogi równe, moja droga polonistka z LO mogłaby spokojnie kawę pić, a dodatkowo podziwiać lasy i skały za oknem. I chyba tyle spostrzeżeń na razie. A, jeszcze niskie barierki na mostach (takie same jak  przy drodze), trochę to stresujące.
Co do samego Turku, to jeszcze nic nie mogę powiedzieć, ciemno było oczywiście. Ale widziałam katedrę i całkiem fajny placyk dookoła niej. Do mieszkania tutorka zawiozła mnie samochodem (Primerą, w której była kamera z tyłu, uruchamiająca się na wstecznym – dla mnie to była nowość). Greta, bo tak jej na imię, także studiuje ekonomię, więc podejrzewam, że sobie mnie „wybrała”. Bardzo miła dziewczyna, ma zamiar mi i jednej Kanadyjce pomóc załatwić wszelkie formalności, także to na pewno bardzo ułatwi mi życie tu. Teraz już wiem, dlaczego jedyna rzecz, którą się wczoraj stresowałam było, czy mnie ktoś z dworca odbierze (stresowało mnie jeszcze, że się nie stresuję, ale dużo mniej ;) ). Jeśli chodzi o mieszkanie, to jest w porządku. Zdecydowanie nie zachwyca, ale narzekać chyba też nie ma na co. 3 pokoje, do których wchodzi się z kuchni/salonu, łazienka i WC osobno (wszystko oczywiście sfocę dla dzieci Neo). Na razie poznałam jedną współlokatorkę – z RPA, dużo gada. Ale zagotowała mi wodę na herbatę, więc już ją lubię ;-) Wiemy na pewno, że trzecia osoba też tu już mieszka, ale jeszcze jej nie poznałyśmy. A Południowoafrykanka (czy jak ich się tam nazywa) przyjechała tu robić jakieś badania do doktoratu chyba (bo mówiła, że jest post – graduate). Zobaczymy, kim jest „ta trzecia”. Obstawiam, że Finka, skoro jej nie ma w orientation week, zaczynającym się jutro.


wtorek, 6 stycznia 2009

Znak zycia

Zyje. Calkiem niezle nawet. Notka bedzie mocno wielotematyczna i lakoniczna, bo pisana w kafejce. Mroz osiagnal -16, czyli w opinii co poniektorych jeszzce nie jest zimno ;) Nie mam internetu w pokoju i nie bede miec jeszcze przez jakies 2 tygodnie, zanim mi podlacza. Bo musze zlozyc wniosek, w ktorym musze podac nr gniazdka i cos jeszcze, czego oczywiscie wczoraj pod reka nie mialam. Wczoraj bylo mnostwo papierkowych spraw, ale jeszcze nie wszystko niestety zalatwilam (nie mam karty studenckiej i biletu autobusowego). Mieszkam daleko od uczelni, centrum i innych wiosek studenckich. ale jest nas z 10 osob, wiec luz. Poznalalam jedna wspollokatorke - z RPA (czarna - wszyscy pytaja o kolor skory ;) ), duuuzo gada i troche mnie zamecza swoim towarzystwem. No ale lepiej tak niz samej siedziec. Druga chyba tez mieszka, bo w kuchni sa jakies naczynia i 2 ekspresy do kawy, ale jej nie widzialysmy. Wiec moze Finka jeszcze nie przyjechala, bo dzis jest wolne, a zajecia zaczynaja sie jutro. Nie mamy czajnika, wode gotujemy w garnku. Nie przywiozlam sobie poszewek, wiec dalej spie pod spiworem. Dobrze ze o przescieradle pomyslalam ;) Przezywalam karte z NFZ, ale okazala sie byc niepotrzebna oczywiscie. Info dla tych, co jeszcze nie wyjechali - nie martwcie sie niczym, Wasi tutorzy we wszystkim Wam pomoga! Moja odebrala mnie z dworca, zawiozla samochodem do domu, nastepnego dnia przyjechala po mnie i wszystko ze mna zalatwiala (oprocz mnie ma jeszcze Kanadyjce i 2 Belgow, weic chodzimy wszedzie wesola gromadka ;) ). A formalnosci jest tu mnostwo. Konto w banku, rejestracja, starting package (poduszka, koldra, sztucce, itp), bilet autobusowy, biblioteka, internet... I do wszystkiego wypelnia sie formularze! Przypomina mi sie Interkulturelles Management i uncertainty avoidance - oni naprawde maja to wysokie ;) Finow plci meskiej jeszcze nie poznalam, mamy same tutorki. Erazmusow jest lacznie ok. 40 z czego najliczniejsza grupe stanowia.... No zgadnijcie? ;) Na drugim miejscu Chilijki (jest ich 3), ale nie mowia po angielsku, wczoraj jedna do mnie cos po hisszpansku gadala. Miasta jeszcze nie poznalam, zaraz wyjde, bo wczoraj mielismy niby wycieczke autokarowa - 2 godzinna, ale co mozna zobaczyc po ciemku z autokaru? Drogo tu jak diabli, chleb potrafi kosztowac 3,5 euro. Alkohol powyzej 4,7% sprzedaja tylko w specjalnych sklepach i juz wiem czemu to sa wodkopijcy - bo wsrod alkoholi tylko wodka kosztuje normalnie. Znaczy niewiele wiecej niz w Polsce (podobno, sama jeszcze nie sprawdzalam). Pora konczyc, zostala minuta netu. Takze trzymajcie sie cieplo, w Polsce zimniej niz tu podobno jest :P I piszcze mi maile co u Was, w czwartek sie wybiorem z laptopem na uczelnie i bede pisac :)

piątek, 2 stycznia 2009

Sylwestrowo, czyli miała być stypa, a wyszła impreza przez wielkie I :)

Tak, tak, to już trzeci post przedwyjazdowy (ciekawe jak to będzie, jak już dotrę tam, gdzie bloga właściwie pisać powinnam ;) ) Związany z moją prawdopodobnie ostatnią wizytą w mieszkaniu, w którym spędziłam 3 lata życia, i do którego niezmiernie się przywiązałam. O współlokatorce już nie mówiąc... (ale to się hopefully po powrocie nie zmieni, wszak mamy implicit, self-enforcing contract ;) ). A wizyta miała 2 zasadnicze cele: 1.(przyziemny) zabrać pozostałe rzeczy (samochód znów był prawie pełny, ale tym razem z powodu biurka), 2. sylwester. 

Cele opisać należy w odwrotnej kolejności, żeby było chronologiczne. Do imprezy miałam baaaardzo speptyczne nastawienie, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na jej niepowodzenie (choroby, brak środków na przyjazd). Spodziewałam się, że będziemy tylko siedzieć i jęczeć jak to się fajnie tu mieszkało i po co wyjeżdżać,, itp. Skończyło się na kameralnej 6-osobowej imprezie, niesamowicie udanej. Daawno się tak nie uśmiałam :) (uczestnikom dziękuję, zwłaszcza S.M., nie tylko za sombrero, które oczywiście pojedzie ze mną :) ).  Szkoda tylko, że budynek F (zwłaszcza 11 piętro ;) ) i domniemany blok Emilki zasłaniają Pl. Konstytucji, przez co nie do końca udało się zobaczyć tamtejsze fajerwerki. Ale w najbliższym otoczeniu ich też nie brakowało, więc nie ma co narzekać. Wystarczyłoby w sumie wyjść na psi wychodek koło Iluzjonu ;) I szacun dla człowieków, którym chciało się jeszcze strzelać o 5 rano.

Co do drugiego, a oznaczonego numerem 1, celu podróży - kiedyś uwielbiałam się pakować. Wiązało się to z wyjazdem, zazwyczaj w nowe, nieznane miejsca. Odkąd poszłam na studia perspektywa się zmieniła, entuzjazm związany z tą czynnością opadł, wszak wykonywałam ją średnio 2 razy w miesiącu. Został zastąpiony przez niechęć związaną z potrzebą upchania wszystkiego i z jazdą (znaczy czasem spędzonym w pociągu, co jak wiadomo nie rzadko kończyło się zawieraniem nowych, nie do końca pożądanych znajomości).  Także pakowanie całego dobytku to był niemalże koszmar ;) Ale tak to bywa, jak się kolekcjonuje wszystko. No nic, nawet nasze kochane współlokatorki z drugiego pokoju liczą na to, że w czerwcu do mieszkania wrócimy. Chyba, że Robert zrealizuje to czym straszy, czyli się ożeni :D

A jaki postęp w cyklu przygotowań? Kupki rzeczy naszykowane, pozostaje sprytnie ułożyć je w plecaku (oby się udało!). Ciekawe ile zbędnych rzeczy zabiorę, a o  ilu potrzebnych zapomnę. Niby wywiady wśród osób, które na erazmusie już były, robiłam, ale co kraj to obyczaj. Szkoda, że tak niewiele wiem o kraju docelowym, jadąc do Anglii wiedziałabym, żeby liczbę ubrań ograniczyć do minimum, a plecak wypakować jedzeniem. No ale mądra Polka ;) Także Kasiku pytaj, bo po tygodniu może już coś będę mogła poradzić. 

Jak to miło, że żegna mnie śnieg :)) 

PS. Posty chyba wskazują na to, że stresik jest i to niemały ;)

PPS. Szampan przed budynkiem głównym to jest to. Jakkolwiek niedobry by nie był ;)