wtorek, 10 marca 2009

Długi weekend za kołem podbiegunowym

Najpierw odpowiem na pytanie Joy, zadane na picasie, ponieważ może ono zainteresować więcej osób - Muminki i wnętrze ich domu można oglądać tylko w lecie, bodajże od czerwca. Ponadto taka możliwość istnieje też przez tydzień w lutym, ale to był akurat ten tydzień, którego większość spędziłam w Petersburgu (nie żałuję, muminki nie umywają się do tamtej wycieczki). Także wnętrza ich domu, ani ich samych nie widziałam, zresztą za 13 eur mimo wszystko bym się zastanowiła, czy warto, w końcu to nie Smerfy ;)

A głównym tematem tego posta ma być oczywiście moja 4 - dniowa wyprawa do Laponii :) Mogę ją nazwać cyklem nowych doświadczeń:

- jechałam zaprzęgiem huskich i reniferów (te 2 wydarzenia akurat wzbudzają we mnie poczucie winy, ale każdy z tych rajdów trwał może ze 2 minuty, były to tylko jazdy pokazowe, następnego dnia można było wziąć udział w prawdziwym dwugodzinnym safari, za jedyne 45 eur i zamęczyć biedne zwierzaki).

- spędziłam 2,5 h na biegówkach, jeździłam po zamarzniętym jeziorze :) wywróciłam się chyba z 10 razy, tylna część ciała do tej pory mi o tym przypomina. Mimo to wciąż uważam narty biegowe za zdecydowanie bardziej nudne od zjazdowych

- chodziłam w rakach, także po zamarzniętym jeziorze, bardzo to męczące, po godzinie ledwo mogłam nogami przebierać

- spróbowałam kilku tradycyjnych fińskich potraw: mięso renifera (blee, za to wszyscy będziemy smażyć się w piekle), placek serowy (bodajże z mozarelli) z dżemem z owocu nazywającego się po angielsku cloudberry (żółta malina, nie wiem, czy mamy na to słowo po polsku), zupa owocowa z waniliową śmietaną i pulpety, ale akurat średnio typowo fińskie ;)

- widziałam zamarznięty wodospad (zamiast jeździć na nartach zjazdowych w ośrodku narciarskim, do którego się wybraliśmy na 5 h trzeciego dnia), wodospad uratował ten dzień, bo miałam gorączkę i czułam się wrakowato, na narty się nie nadawałam, zwłaszcza bez kombinezonu i gogli.

- złożyłam wizytę Świętemu Mikołajowi, wymieniliśmy uścisk dłoni, zrobiliśmy zdjęcie grupowe z nim (cała wizyta trwała może z 5 minut), nie można mu było usiąść na kolanach :(

- stałam jedną nogą za kołem podbiegunowym a drugą na południe od koła ;)

- byłam w śnieżnym zamku, gdzie ściany mają z 1,5 - 2 m grubości i w ice barze, gdzie piłam tradycyjne szwedzkie grzane wino - Glühwein (smakuje chyba tak samo jak nasze, ale mniej śmierdzi :P )

- jechałam fińskimi kuszetkami i zwykłym fińskim pociągiem (siedzenia w rzędach jak w intercity). Co do kuszetek, to identyczne jak w pociągu do Moskwy, ale o 21 przywitały nas rozłożone łóżka i nie było gdzie usiąść :/ Trzeba było się tłoczyć na korytarzu albo iść spać (co też ja uczyniłam, znaczy zrobiłam to, do czego nas VR zapewne chciał zmusić ;) ). Z cyklu paradoksów dotyczących pociągów, to kuszetki są damskie i męskie (znaczy ich skład nie może być mieszany). Przy rezerwacji biletów nikt jednak nie pyta jakiej płci są podróżni, przez co w drodze powrotnej jedna dziewczyna miała problem ze znalezieniem łóżka, niestety zasnęłam zanim problem rozwiązano, w każdym bądź razie miała miejsce w męskiej kuszetce i nie mogła tam spać. Ponadto bilet na zwykły pociąg kupuje się na konkretną godzinę. Za to bilety na autobusy są ważne kilka czy też kilkanaście dni...

- mieszkałam w chyba najmniejszym pomieszczeniu, mogącym pomieścić łóżka dla 4 osób, znaczy jedno piętrowe łóżko narożne (tak jak biurko narożne), którego jeden koniec wepchnięty był w idealnie do niego dopasowany róg pokoju (czyli spało się w ciemnej noże). Poza tym chatka ok, był telewizor i kolejna zaskakująca obserwacja to fakt, iż w fińskiej telewizji reklamy są wycziszane. Film jest głośniejszy...

- ognisko zimą w otoczeniu śniegu (to akurat chyba drugie w życiu)

Acha, temperatura jedyne -3 stopnie w ciągu dnia, także prawdziwego zimna nie uraczyłam (ze 3 tyg temu było -35). Towarzystwo w chatce ok, poza nieustannie narzekającą Polką (ja myślałam, że ja dużo narzekam, ale ona bije mnie w przedbiegach!). Poznałam sporo zagranicznych gier karcianych i z przykrością muszę stwierdzić, że szczęście w kartach mnie opuściło!

Najfajniejszą częścią wyprawy było zwiedzanie Rovaniemi w ciągu 45 minut i samodzielna wyprawa do Kemi, żeby zobaczyć ten śnieżny zamek (nie było go w programie), tam mieliśmy niecałe 2 h do pociągu do Turku. Także zwiedzanie Rovaniemi to był sprint na Lordi's square (LOL) i nad rzekę, zrobienie fotek w obu miejscach i bieg na pociąg do Kemi. Tam sprint na zamek (tym razem chociaż bez bagażu), niecała godzina zwiedzania (można tam spędzić więcej w lodowej restauracji, jest też lodowy hotel) i powrót na dworzec z grzanym winem w ręce. Na wariackich papierach, ale warto było :)))

Żałuję tylko, że nie mogłam wziąć udziału w rajdzie snowmobiles (skutery śnieżne?), bo moje prawo jazdy leży w Radomiu... :/

A teraz czas zejść na ziemię i zacząć pracę nad esejem na poniedziałek... I tradycyjnie odchorować swoje, głowa mi pęka i tracę głos, nikt mnie nie rozumie jak mówię ;)

Zdjęcia oczywiście są, już wrzuciłam na picasę, ale upublicznię album po ich opisaniu.

Czekam na wieści z Polski i innych stron świata!! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz