piątek, 30 stycznia 2009

My first SITZ party

Sitz to tradycyjna impreza fińska (podobno szwedzko - języcznych Finów konkretnie).  Rządzi się swoimi regułami, których należy przestrzegać (w przeciwnym razie czeka bad and nasty punishment - podobno jakiś ohydny shot z mieszanki alkoholowej). Reguły ustala oczywiście prezydent ESN (we are the rules, just do what we tell you). Najtrudniejsza reguła do przestrzegania to zapewne zakaz wstawania od stołu poza przerwami. Nawet wyjście do toalety nie jest uzasadnione, należy czekać...A jak konkretnie taka impreza wygląda? Z założenia mieliśmy siedzieć koło obcych ludzi, co nie do końca się udało, bo nie znałam tylko 2 osób ze swojego najbliższego otoczenia ;) Serwowane są 3 posiłki (wciąż zastanawiam się, co było trzecim, surówka na wejściu czy kawa na wyjściu ;) ). Miała to być tradycyjna potrawa fińska, więc trochę się obawiałam, ale nie jadłam nic od 13 i w międzyczasie byłam na łyżwach, więc nawet reindeera bym chyba zjadła...Na szczęście zaserwowano coś na kształt lasagne, tylko z innym makaronem (pychota!). Potem mus czekoladowy na deser (zdecydowanie nie pasował do piwa). W międzyczasie robiliśmy rundkę przedstawiania się i każdy miał podać swoje ulubione słowo po fińsku lub szwedzku (oczywiście królowały słowa typu dziękuję, piwo i nazwy klubów). Ponadto śpiewaliśmy pijackie piosenki w różnych językach (niestety nie mieli nic po polsku), co było trochę trudne np. po fińsku (mieliśmy śpiewniki). Podczas jednej z piosenek musieliśmy trzymać sąsiadów pod rękę i kolejno śpiewaliśmy na stojąco, stojąc na krzesłach i kucając pod stołem :)) Mniej przyjemną zabawą był wyścig z kostką lodu. Zostaliśmy podzieleni na 2 drużyny (wedle połów stołu) i musieliśmy przetransportować kostkę lodu do ostatniej osoby w ustach (znaczy wyjmując ustami z ust poprzednika). Choć najgorszą częścią było, jak nasza kostka zaliczyła podłogę przy początku kolejki i kolejna osoba musiała ją wziąć z podłogi do buzi, bleeeee. Oczywiście przez ten wypadek przegraliśmy. Pijackie piosenki śpiewa się przy alkoholu, na hasło wykonuje się toast (stukając się z sąsiadami w odpowiedniej kolejności, zależnie od płci). Okazuje się, że patrzenie w oczy podczas toastu, to tradycja międzynarodowa :) (otherwise 7 years of bad sex). W cenie imprezy uwzględnione mieliśmy 1 piwo i kieliszek wódki, potem można było dokupywać, krzycząc beer albo snaps (shot po szwedzku, nazwa jak niemiecki Schnaps), wszystko oczywiście przynoszone do stolika, wstawać wszak nie można ;) W cenie biletu była jeszcze kawa i drink do kawy (nazwy nie zapamiętałam), znaczy kieliszek czegoś podobnego do Becherovki (kolega Słowak polemizował, ale w końcu przyznał mi rację, że to smakowało trochę, jak becherovka, więc wyobraźcie sobie, jak to pasuje do kawy... A oni to nawet mieszają, hmm). Impreza siedziana z dobrym jedzeniem, więc nic dodać nic ująć :) (no może wyjące Hiszpanki, nie wiedziałam, że kika dziewczyn może robić tyle hałasu).

Potem impreza przeniosła się do jednego z klubów, gdzie miały nas spotkać wampiry (więc w moim kapturze idealnie pasowałam, hehehe. Choć dyskusje: you're a witch! No, I'm an elf! już mi się trochę znudziły ;) ). Rzeczywiście był tam jakiś bal przebierańców, ale na górze i nie mogliśmy w nim uczestniczyć (za to oni mogli schodzić na dół). W kapturze udało mi się tam wejść na chwilę, muzykę lepszą mieli. Ale na muzykę nie mogę narzekać, byłam chyba jedyną osobą, której się podobało (np. Placebo). Przez kolegę Brazyliczyka straciłam rachubę piw (ale od czego jest pamięć zewnętrzna w postaci bankowości internetowej), bo nie zdążyłam jeszcze dopić, a on już krzyczał let's get the next one ;) Ale nie ma tu żadnych podtekstów, czy też myśli ukrytych między wierszami. Od zachowań typowo erazmusowych dzielą mnie mury, których nie można obejść, przeskoczyć, ani zburzyć :P 

To by było na tyle chyba, opis szczegółowy i wyczerpujący. A dziś koncert, trzeci dzień imprez z rzędu. Ciężkie jest życie erazmusa...

EDIT: dla niewtajemniczonych, mój kaptur wygląda następująco

czwartek, 29 stycznia 2009

Wkrótce stanę się prawdziwym erazmusem?

Podczas wczorajszego hevikaraoke śpiewałam. Co prawda tylko raz i nie sama, ale nie trzeba mnie było absolutnie namawiać. Po prostu wszyscy znajomi śpiewali, więc stwierdziłam, a co mi szkodzi. Pewnie zabolało to publiczność, na szczęście pomidorów nie mieli ;)

Do typowego erazmusa jeszcze trochę mi brakuje, choć częstotliwość imprez mi rośnie. Jest to niepokojące, bo prace domowe same się nie odrobią. Także pozostaje nadzieja, że wkrótce mi się znudzi. Choć karaoke to już niemal tradycja ;)

Garść zaskakujących spostrzeżeń:

1. Trójka znajomych Niemców wracała z imprezy, jeden z nich totalnie pijany, nie był w stanie utrzymać równowagi na rowerze. Chcieli mu zamówić taksówkę i go do niej wpakować, ale się nie zgodził. Pomagali im jacyś Finowie, ale koleś się opierał. Jaka była rada tubylców? Zadzwońcie po policję... To też uczynili i koleś spędził noc i część dnia w areszcie... Jestem w szoku, że można tak znajomego załatwić.

2. Pijani Finowie w środową noc (godzina 23): jeden idzie slalomem po całym chodniku, w pewnym momencie rozpina spodnie i zaczyna załatwiać swoją potrzebę kontynuując "spacer". Dalej 2 dziewczyny, jedna próbuje podtrzymywać drugą, niestety przychodzi jej to z trudem i zahaczają o wszystko po drodze (łącznie z koszami na śmieci). Godzina 1.30 - jeden koleś leży na chodniku, drugi w niewiele lepszym stanie próbuje go podnieść...Tak wygląda środek tygodnia w kraju, w którym alkohol w sklepach sprzedaje się do godziny 21...

poniedziałek, 26 stycznia 2009

There's no such thing as a free lunch...

Hmm, polemizowalabym. Dzis nie dzialal terminal i nie moglam zaplacic 2,6€ za swoj lunch karta, a nie mialam zadnej gotowki. Koles stojacy za mna w kolejce to widzial i po prostu wyciagnal reke z kasa. W sumie to nie wiem, czemu sie wzielam, pozyczylam od znajomych, ale gdybym byla sama, to pewnie obalilabym twierdzenie z tytulu posta ;)

PS: I miss u, guys!! :((

niedziela, 25 stycznia 2009

Fińska uprzejmość c.d.

Najwyraźniej nie dotyczy kierowców autobusów. Nie zatrzymują się, nawet jeśli widzą osobę biegnącą i stukającą w szyby pojazdu. Ponadto właśnie wróciły moje 2 irytujące Włoszki wkurzone, bo na przystanku stało łącznie z nimi 6 osób. Autobus przyjechał, ale się nie zatrzymał, mimo że nie był pełny. Dlaczego? Bo nikt nie pomachał. A to jest jedyny autobus kursujący w niedziele, także wiadomo było, że ludzie czekają na TEN, a nie inny autobus. Chyba że stoją sobie na przystanku just for fun. Czyli sprawdza się teoria z survival guide, żeby machać, bo jeśli nikt nie wysiada to autobus się nie zatrzyma, nawet jeśli widzi tłum ludzi na przystanku. Hmm...

Garść spostrzeżeń

Weekend w Turku mija spokojnie ze snem do 12 (przez co znowu nie pojechałam na wyspy i zobaczyć Bałtyk). W piątek była powtórka z karaoke Rokkibaari, ale tym razem w większym składzie i 2 koleżanki śpiewały (zdjęcia na picasie) :) Różnica między środą a piątkiem porażająca HIMem i Bon Jovim. Wczoraj za to wybrałyśmy się na koncert, którego nie było. Skończyło się na tym, że jadłam najdroższy (5 eur) i zarazem najgorszy kebab (nie oglądajcie podczas jedzenia ;) ) w życiu. Mięso wołowe pokrojone w długie cienkie paski, jak spaghetti. Ble, nigdy więcej. Także lista rzeczy (czy raczej artykułów spożywczych), których mi tu brakuje, rośnie.

Pozostając w tematyce jedzenia, w czwartek spotkałam się z tutorką i jej pozostałymi podopiecznymi na lunchu, który był tradycyjną potrawą szwedzką. Skończyło się na tym, że jadłam chleb z surówkami, bo te ziemniaki były tak słone jak woda w Morzu Śródziemnym. Potrawa nazywa się Janssons frestelse, w jej skład wchodzą ziemniaki pokroje na frytki, cebula, szprotki i śmietana. Mieszanka dziwna, ale gdyby nie przesolić, to mogłoby smakować nieźle. Wygląda tak

Przy okazji lunchu spytałam moją tutorkę, czy jest szwedzko czy fińsko - języczna. Odpowiedź była bardzo zaskakująca, mianowicie: "I speak Swedish with my dad and Finnish with my mum". To podobno standard w rejonach nadmorskich (czyli tam, gdzie mieszka mniejszość szwedzka, ok.5,5% populacji Finlandii). Rodzice porozumiewają się po fińsku, bo jej tata studiował po fińsku. Z braćmi rozmawia po szwedzku. Co ciekawe Finlandia nie jest tak naprawdę bilingualna a tri?lingualna. W każdym bądź razie wśród języków urzędowych oprócz fińskiego i szwedzkiego znajduje się także Sami, czyli język Lapończyków (jest to regionalny język oficjalny). A wracając jeszcze do fińskiego i szwedzkiego, to kiedyś istniał obowiązek nauki obu języków na każdym szczeblu edukacji, obecnie go zniesiono. Zaowocowało to oczywiście tym, że Finowie przestali uczyć się szwedzkiego, co prowadzi także do słabszej znajomości angielskiego. Słaba znajomość angielskiego w tym kraju jest natomiast zupełnie niezrozumiała, ponieważ nie ma dubbingu (poza bajkami) w filmach, nawet w telewizji. Czyli wszystkie filmy/seriale ogląda się tak, jak w polskim kinie, zdarza się nawet, że napisy  wyświetlane są zarówno po fińsku jak i po szwedzku, przez co zajmują pół ekranu. Za to erazmusy mogą chodzić do kina, jeśli tylko są chętni wydać 10,5 eur na bilet ;)

Warto jeszcze wspomnieć o uczciwości Finów (przynajmniej niektórych) na przykładzie środowo - czwartkowej przygody kolegi Brazylijczyka. Jak wracaliśmy z imprezy wypadł mu paszport z kieszeni i został w taksówce. Kolega zauważył to dopiero po wejściu do mieszkania, wrócił się na drogę i tam szukał. Numeru do tej sieci taksówek nie mieliśmy, bo prosiliśmy innego taksówkarza, żeby nam zadzwonił po taryfę na 7 osób. Także dno totalne. Następnego dnia kolega wraca z zajęć i współlokator wręcza mu jego paszport. Jak to się stało? Otóż przemiła pani taksówkarz przyjechała tu i sprawdzała nazwiska na ok.200 skrzynkach na listy (po 3 na każdej) w poszukiwaniu jego! Niesamowite szczęście, zwłaszcza, że kolega zdążył już zadzwonić do swojej ambasady i dowiedzieć się, że do wyrobienia nowego paszportu potrzebuje np. świstka, że wywiązał się ze służby wojskowej i z wyborów (cokolwiek by to miało znaczyć), obydwu dokumentów oczywiście tu ze sobą nie przywoził.

czwartek, 22 stycznia 2009

Hevikaraoke, czyli to, co Finowie lubią najbardziej :)

Wreszcie udało mi się to zobaczyć, całkiem spontanicznie, bo szłyśmy z Lindall na imprezę erazmusową do klubu, a wylądowałyśmy tam, bo powiedziałam, że w Marilyn to mi się  na pewno nie będzie podobało (w sumie się myliłam, ale o tym później). W zeszłym tygodniu słyszałyśmy o barze, w którym w środy i piątki odbywa się karaoke, a śpiewane są piosenki z repertuaru Metallici, SOAD, Ironów, itp. Zdarzają się też jakieś fińskie gwiazdy (mają oczywiście Lordi, ale nie wiem, czy ktoś to wybiera). Ludzie, którzy śpiewają robią to naprawdę nieźle. Podejrzewam jednak, że to kwestia rutyny. Całkiem miło się słucha, ale niestety muzyka jest za głośna i nie można za bardzo rozmawiać, także tylko się siedzi i patrzy na śpiewającego/jącą. Nie muszę chyba pisać, że większość z nich a)jest orginalnie ubranych, b)robi show, znaczy nie stoi sztywno podczas śpiewania. Podobno jednak najlepsze przedstawienie robią obcokrajowcy z naciskiem na Hiszpanów (w Student's Village ich jest pod dostatkiem), sprawdzę w piątek, bo wczoraj wszyscy pewnie byli w Marilyn (można było dostać kartę VIP upoważniającą do wstępu tam i do kilku innych klubów za darmo). Wczoraj było bardzo mało osób, ale to malutki bar, tylko ze 4 stoliki. Co ciekawe ludzie po prostu dosiadają się do nieznajomych, nie pytając nawet czy mogą (choć mega przystojny Fin, który dosiadł się do nas coś spytał, nim usiadł ;) ale do podjęcia rozmowy po angielsku nie był zbyt chętny, mimo że mówił dobrze). W tym barze spotkałyśmy 2 koleżanki, które wpadły tam tylko na drinka, po czym miały zamiar iść na tę imprezę erazmusową, więc się przyłączyłyśmy. Ku memu zaskoczeniu było ok, najbardziej znośna muzyka np. makarena. A moje wątpliwości co do tego miejsca wynikały z plot zasłyszanych wcześniej, znaczy że jest to miejsce "where Finnish girls go where they look for pleasure". Chyba że nie przychodzą w środy ;) A negatywnie zaskakujące w tym miejscu było istnienie sali, w której można palić. Nie można palić we własnych mieszkaniach, a można w klubach, hmm coś mi tu nie gra. Zwłaszcza, że sale nie były szczególnie oddzielonie i pierwszy raz poczułam się jak po wizycie w barze w PL. W sali palaczy jest karaoke z piosenkami np. Britney Spears, dość drastyczna zmiana klimatu po przejściu z Rokkibaari, muszę przyznać ;)

Pogoda płata figle nieustannie, jednego dnia budzę się, a na dworze biało i ziiimno. Następnego ranka śladu po śniegu nie ma, no może poza chlapą i pada deszcz. Wieczorem oczywiście szklanka na drogach. Nie wiadomo jak się ubierać. Dziś drugi raz chodziłam w poszukiwaniu czapki i tym razem wróciłam ze słownikiem polsko - fińskim. Ale idealnej czapki wciąż nie znalazłam, obym więcej rzeczy nie zgubiła :/

EDIT: Nie, nie wyłam na karaoke, tylko słuchałam :P

wtorek, 20 stycznia 2009

Brak weny....

Niestety wyczerpaly mi sie pomysly na posty. Stad ostatnie takie lakoniczne, albo malo ciekawe. Dzisiejszy tez do takich nalezy, postanowilam napisac troche o Åbo Akademi (bardziej dla siebie, niz dla czytelnikow, wybaczcie).

Uczelnia miesci sie w samym centrum Turku, kampus nie jest jakos osobno odgrodzony od reszty miasta. Mimo ze studiuje tu duzo mniej osob niz na SGH, to budynkow jest wiecej, ale sa male (wydzialy maja swoje budynki), na dodatek przemieszane z Turun Yliopisto - Uniwersytet Turku (Åbo to miasto uniwerstyteckie - na ok. 180 tys. mieszkancow znajduja sie tu 2 uniwersytety, school of economics i politechnika). Kazda uczelnia ma kilka swoich stolowek (mozemy jesc lunche w tej samej cenie 2,20 - wege lub 2,60 euro), porozrzucanych po calym kampusie (nie wszystkie udalo mi sie jeszcze zlokalizowac, jadam na zmiane w 3). Dania na stolowkach sa zjadliwe. Niewiele wymagam za taka cene, wiec przyzwyczailam sie, ze wszystko wyglada normalnie, ale smakuje albo slono, albo mdlo. Ale zazwyczaj slono niestety. Jedyne, co mnie pociesza, to fakt, ze surowki sa dobre i mozna ich brac duuuzo :)

Co do moich zajec tutaj, to mam teraz 4 przedmioty, co jest dosc spora liczba, bo np. w poniedzialek mam zajecia od 10 do 17 (12-13 to zawsze przerwa na lunch, bardzo dobry wynalazek).

Development and sustainability - troche czego innego sie spodziewalam, ale jak na razie jestem zadowolona, zajmujemy sie problemem world food security. Na kazde zajecia musimy przeczytac kolejny paper i przygotowac pytanie do niego, a na nastepnych zajeciach profesor na nasze pytania odpowiada (my tez mozemy sie wypowiadac). Na zaliczenie mamy napisac esej na ok. 5 stron i bedzie egzamin ustny, ktory bedzie mial forme grupowych dyskusji, czyli zupelna nowosc dla mnie. Ale profesor sam zapowiedzial, zebysmy sie zaliczeniem nie przejmowali :)

Markov Chains - moj absolutny faworyt podczas wybierania przedmiotow jeszcze w Polsce, teraz ustapil miejsca powyzszemu. Powodem jest profesor, ktory na zajeciach pokazuje slajdy i malo pisze na tablicy, na dodatek mowi monotonnym glosem (to ogolny problem facetow tutaj). Dzis mialam pierwsze cwiczenia (zajecia odbywaja sie 3 razy w tygodniu, w tym raz cwiczenia), mielismy w domu zrobic zadania, na poczatku prowadzaca puscila liste, na ktorej zaznaczalismy, ktore zadania zrobilismy i potem brala nas do tablicy. Troche to stresujace, zwlaszcza ze kobieta wyglada strasznie (wiem, ze okropnie to brzmi, ale tak jest) i beznadziejnie mowi po angielsku, nie umie w ogole niczego wytlumaczyc. Na dodatek nie przeliczyla sobie tych zadan w domu i nie wiedziala, co zrobic jak kilka osob mialo rozne wyniki. Porazka. Oprocz cwiczen mamy tez w domu napisac kilka programow do symulacji lancuchow (pierwszy na za 2 tygodnie), ciekawe co z tego wyjdzie...

Swedish for beginners - ble, szkoda slow. I whish I chose Finnish - to zdanie powtarzam dosc czesto (a wyboru nie moge juz zmienic). Jakos trzeba bylo dobic do 25 ECTS, a sporo przedmiotow po angielsku sie pokrywa. Z zalet przedmiotu - przynajmniej pojedyncze slowa z ulotek i informacji na uczelni wylapuje.

International trade - powtorka z MSG, pewnie w bardziej ograniczonym zakresie, bo duzo mniej godzin. Powod wyboru jak powyzej. Wykladowca nagrywa wyklady i zamieszcza je w necie, ponadto sa slajdy, takze absolutnie demotywuje do chodzenia na zajecia (choc mowi ciekawie i jako jedyny nie ma monotonnego glosu).

Ogolnie wybor przedmiotow calkiem niezly, utrzymuje kontakt zarowno z ekonomia jak i z matematyka.

Lucy w Waszyngtonie bedzie witac Obame, natomiast ja tutaj bede zegnac Busha, Amerykanie urzadzaja mu farewell party ;)

Zagladajcie na picase, nowe zdjecia dodawalam ostatnio dosc czesto (choc w niewielkich ilosciach). Zdjec uczelni jeszcze nie mam, zapominam sfocic jak mam przy sobie aparat. Ale nic ciekawego generalnie.

PS: Kupilam LADNE pocztowki :))

PPS: Postanowilam utrzymac srednia 1 post na 2 dni ;)

niedziela, 18 stycznia 2009

Nadszedł czas nauki...

dlatego piszę posta ;) Bo mi się nie chce... A czeka mnie praca domowa ze szwedzkiego, którego nie lubię i z 2 innych przedmiotów. Także ogólnie trochę roboty tu będę miała. Jak na razie zamiast się wziąć za naukę jakąś cieszę się internetem w pokoju :)) 

Sfociłam wreszcie okolicę, w której mieszkam. Okazało się, że to co widzę przez okno rzeczywiście jest lodowiskiem (zalane boisko) :)) Pozostaje więc tylko łyżwy kupić w miejscu, które na mapie oznaczyłam dziurą (niepiszącym długopisem) ;). Ale moja mapa ogólnie jest do niczego, nie ma indeksu i nie obejmuje całego miasta. Pierwszy problem rozwiązuje googlemaps i kropka na mapie, drugi na szczęście jeszcze nie wystąpił. Podobno nad morzem są najfajniejsze sauny, więc chyba jednak będę musiała kiedyś zainwestować w lepszą mapę, żeby móc się tam wybrać. Szukam też pocztówek, bo te, które do tej pory widziałam są obrzydliwe. Także żadnych jeszcze nie wysyłałam, ani nie zasiliłam swojej kolekcji :(

W ramach zapoznawania się z fińską kulturą wczoraj próbowałam ichniego alkoholu domowej roboty, znaczy wódki z samiakami (nie pamiętam dokładnie nazwy tych cukierków, takie czarne obrzydliwe żelki). Smakuje słono i nie jest to dobre (choć z tego co widziałam, wzięcie ma ;) ).

Turku wciąż mnie czymś zaskakuje (poza ciągiem Fibunacciego), do zobaczenia zostały mi jeszcze te nadmorskie sauny (po wyjściu wskakuje się do Bałtyku...), okoliczne wyspy, kraina Muminków... Ciągle dowiaduję się czegoś nowego, powinnam to wszystko zapisywać ;)

Dodałam też jakieś zdjęcia na picasę, zapraszam do obejrzenia (na bloga nie będę osobno wrzucać).

piątek, 16 stycznia 2009

Oh, so it's so expensive here for you too!

To reakcja na to, że jestem z Polski. Wielką radość tym sprawiłam koleżance z Rumunii. A zdanie tytułowe wyraża moje wrażenia z pierwszych kilku dni, powoli się do poziomu cen tu przyzwyczajam.

Warsaw School of Economics

"wow"
Zapomnialam juz, jak ludzie regauja na nasza alma mater, ale spotkalam Polaka i mi przypomnial ;)

środa, 14 stycznia 2009

Nie moge kultywowac swoich germanskich zwyczajow.

Tym razem bedzie post przede wszystkim o mleku. A raczej o zamilowaniu Finow do spozywania mleka do obiadu. Minimum po jednej szklance (2 szklanki wody/soku/mleka sa w cenie lunchu). Wciaz mnie to dziwi. Niestety za herbate trzeba placic dodatkowo. Dlatego zmieniam nawyki (ale w kierunku soku i wody :P). Oprocz mleka pelno tu tez kakao - w automatach z kawa zawsze jest. Dlatego zaczelam pic kakao zamiast porannej kawy. Lindall sie ze mnie smieje, bo podobno w RPA oni pija kakao/goraca czekolade latem. Nie pytajcie mnie dlaczego, nie umiala mi wytlumaczyc zasadnosci picia goracych napojow w upalny dzien.

Podobnie jak Janek zaliczylam wizyte w second handzie, ale takim wylacznie ubraniowym i moje wrazenie roznia sie od jego zdecydowanie. Ubrania normalnej jakosci w niskich cenach.

Co do mojej uczelnianej biblioteki, to mnie na kazdym kroku zaskakuje. Rowniez mam dostep do baz (bede miala, jak mi podlacza net w pokoju, zaplacilam juz fakture! :)) , ale totalnie nie rozumiem katalogow. Sprawdzam dostepnosc ksiazek i widze, ze wszystkie sa wypozyczone, po czym ide do biblioteki studenckiej, a tam stoi 5 kopii wolnych. Bo w bibliotece samemu sie chodzi miedzy polkami i wybiera ksiazki, czym jestem zauroczona.

Z obserwacji Finow - jak juz ktorys jest przystojny, to ma zel we wlosach w duzej ilosci.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Jade do Laponii!!!

Don't worry, we'll work it out, you should go to Lapland! - rozwiazal sie moj najwiekszy problem :) Znaczy termin egzaminu z Markov Chains pokrywa sie z wycieczka do Laponii, za ktora zaplacilam zanim sie dowiedzialam o egzaminie. Napisze go w innym terminie. UFF :)

Jak widać, częstotliwość postów spada, co oznacza, że emocje opadają ;)

Ogłoszenie parafialne – zamieściłam trochę zdjęć na picasie , zapraszam do obejrzenia (oprocz samego miasta doszly juz zdjecia z mojego mieszkania).

W piątek miałam pierwsze zajęcia i pojawił się pierwszy problem zwiazany z egzaminem, ale juz rozwiazany. Ponadto prześladuje mnie programowanie, tym razem w matlabie, dobrze że go zgrałam tuż przed wyjazdem (i dziękuję!). Co nie zmienia faktu, że będę musiała się nauczyć go używać.

Za mną także pierwsza erazmusowa impreza. Byłam do niej bardzo sceptycznie nastawiona, ale okazała się całkiem fajna. Poznałam Niemca i Francuza, niemalże słuchających słusznej muzyki (znaczy na etapie Nightwisha i Sonata Arctica ;) ). Także większość czasu przegadałam o muzyce i koncertach, festiwalach. Zaskoczyła mnie też Kanadyjka, która zna Myslovitz. Poznałam Polaków, którzy są tu od sierpnia, także dostałam porcję praktycznych rad J A mówienie po polsku sprawia mi coraz większe problemy.

Jednym z głównych tematów na imprezie była oczywiście wymiana doświadczeń związanych z pobytem w kraju rozmówcy. Finka opowiedziała mi historię swojego brata, który w polskim MacDonaldzie trafił na nieprzeciętną kasjerkę. Przyjęła zamówienie, po czym coś powiedziała (coś jak „forte”) i schowała się pod ladą. Za chwilę podeszła inna i dokończyła obsługiwać, tamta siedziała pod ladą. Niestety nie umiałam wytłumaczyć tego zdarzenia ;) Ogólnie jestem zaskoczona, jak dużo osób było w Polsce. Prawie wszyscy bym powiedziała byli w Warszawie. Niektórym się nawet podobało.

W piątek popołudniu na ulicę wyszły liczne grupki punków. Spotykałyśmy ich na każdym kroku (podczas wybierania pierwszych kozaków Amerykanki z Colorado – nie wiedziałam, że można się tak ekscytować wyborem butów, chciała się poczuć europejsko, wcześniej nie widziała osób noszących spodnie w butach ;) ). Podobno mają tu miejsca z rockowym karaoke, więc pewnie tam ci przebierańcy zmierzali. Powinnam byla im zdjecia robic.

Z cyklu fińskich obserwacji – mnóstwo osób jeździ na rowerach – w piątek się ociepliło do 0 i pojawiły się tłumy rowerzystów, co powoduje trochę zamętu, bo chodniki są zaśnieżone i nie widać ścieżek rowerowych (ale ślady opon to indykują). Ponadto chłopaki twierdzą, że Finowie to beznadziejni kierowcy, ja tam nie wiem, drogi są ciągle ośnieżone i śliskie, więc chyba niewiele można oczekiwać. I nie rozumiem tutejszych rozkładów jazdy autobusów, wygląda na to, że na każdym przystanku wywieszony jest rozkład z pierwszego przystanku i trzeba sobie wyliczyć, o której autobus będzie w konkretnym miejscu. W przypadku mojego mieszkania to 9 minut, ale to się nie zawsze sprawdza, raz się zdarzyło, że autobus odjechał przed rozkładowym czasem. Trzeba spytać tutorki, o co chodzi. Pod moje mieszkanie podjeżdża nocny (znalezienie przystanku na rynku do najprostszych czynności nie należało), ale tylko w piątki i soboty. Lepszy rydz niż nic ;)

W przewodniku o Finlandii wyczytałam, że ta część kraju, w której się znajduję jest najgęściej zaludniona. Hmm. Osiedle, pole, osiedle, pole ;) Dziwne uczucie, ale wszyscy z większych miast tak mają. I te pustki w sklepach, zero tłumów i kolejek, pomimo 50-70% wyprzedaży.

Na koniec poniedzialkowy weather update. Snieg zniknal! Znaczy stopnial, odwilz mamy :(( Takze chyba skonczyla sie moja wymarzona zima, a zaczela typowo finska, Kasik czy to ma cos wspolnego z Twoim przyjazdem? :P

Powolutku wracam do zdrowia, znaczy dzis przymusowo po 2 dniach opuscilam lozko, zeby isc na caly dzien zajec. Ale wkrotce do niego wracam (znaczy do lozka).

PS: Lukaszu M., nie poczules sie wywolany do tablicy w zwiazku z tym pomiarem ochrony srodowiska? Bo ja liczylam na jakies informacje :)

PPS: Podobno mam brytyjski akcent, hehe :)))

czwartek, 8 stycznia 2009

Powinnam była urodzić się Finką.

Teraz już się zupełnie pogubiłam, co już napisałam, a czego jeszcze nie.

Anyway, przeżywam fascynację Finlandią (pierwszy etap szoku kulturowego ;) ). Są oczywiście rzeczy, które mnie wkurzają, jak te wszystkie formalności, formularze do wypełnienia. I te wszystkie kaucje – łącznie chyba ze 400 euro… Ale gdzie indziej w zwykłym pubie w radio usłyszę Map of the problematique? 

Środa to był mega męczący dzień wykładów wprowadzających, ale wzięłam laptopa, więc czas płynął szybciej. Jedynie ostatni był fajny – o Finach :) Co zapamiętałam? The Fins don’t talk if they don’t have anything to say. This doesn’t mean they’re boring. Ich język to muzyka dla moich uszu, czuję się jak wśród elfów z Władcy Pierścieni (zwłaszcza, że dziewczyny mają rysy twarzy podobne do Liv Tyler w tym filmie). Chyba zapiszę się na zajęcia z fińskiego :) Kolejne zdanie, które zapamiętałam z tego wykładu to „Fins do not do drugs. Fins do alkohol.” (mają najmniej uzależnionych od narkotyków na świecie). Z tym alkoholem to nasze tutorki też twierdzą, że to narodowy problem. Podobno mamy to zauważyć chodząc wieczorami po ulicach, ale jak się zrobi cieplej. Moja tutorka opowiadała, że u niej w śmietniku mieszka człowiek, ale przychodzi wieczorami, więc ona wynosi śmieci tylko jak jest jasno (czyli w godz. 10-16). A prawo mówi, że każdy musi mieć dom, więc tacy ludzie prawdopodobnie przepijają cały zasiłek otrzymywany od państwa (co chyba nie jest trudne przy tych cenach). Estonia uważana tu jest za raj alkoholowy. Takie magiczne słowo wypowiadane rozmarzonym głosem (2h promem z Helsinek, ok. 30euro w 2 strony, oni uważają, że to bardzo tanio). W ogóle oni ciągle gadają o alkoholu, podobnie jak erazmusy. Stąd ja tyle o tym piszę. Z innych ciekawostek, to była mowa o zamiłowaniu Finów do rocka i o tym, że oni zawsze mieli świetne zespoły, ale dopiero niedawno się kapnęli, że nikt nie rozumie ich języka i trzeba śpiewać po angielsku, żeby stać się sławnym na świecie. Prezentująca wyglądała na całkiem dumną z tych pajaców, którzy wygrali eurowizję, LOL (Fins love hard rock!).

Z cyklu formalności - pozostało mi jeszcze zameldować się na policji (oni chyba chcą znać stan swojej populacji co do człowieka, mają fioła na punkcie tego, że jest ich tak mało – 5,3 mln). Osoby spoza EU muszą z kolei podać swój adres na poczcie, no idea po co. 

Najgorszą częścią prezentacji była chyba 20 minutowa pogadanka o tym, co to jest plagiat i jak pisać eseje…Co ciekawe byli ludzie, którzy to grzecznie notowali. 

Pojawiła się współlokatorka nr 3 – Włoszka. Na szczęście mówi po angielsku (mam pewne uprzedzenia co do tego narodu). Tak śmiesznego akcentu jeszcze nie słyszałam, ale przynajmniej bez problemu można zrozumieć. Lindahl będzie nieszczęśliwa, już się cieszyłyśmy, że będziemy mieszkać tylko we 2. Trochę jednak żałuję, że nie zdecydowałam się na akademik, ponieważ mieszkamy trochę z boku, ze 30 min pieszo od Student’s Village, gdzie toczy się bujne życie erazmusowe, z tego co słyszałam. Ale ja bardziej chcę poznać Finów, bo wciąż nie miałam okazji z żadnym młodym rozmawiać. :( Natomiast tutorki zabrały nas do przeciętnego w cenach pubu, żeby nam pokazać, gdzie tacy „stereotypowi” Finowie siedzą. Hmm, chyba ja mówiłam najgłośniej, mimo że było ich tam kilkunastu. Ale trzeźwi jeszcze byli ;)

Zapoznam Was jeszcze z mottem tego kraju obsesji na punkcie recyclingu (najlepiej na świecie dbają o środowisko, aczkolwiek nie wiem jak to można zmierzyć – pewnie jeden z czytelników wie): Buy services rather than goods!

Czekam aż więcej osób „się szarpnie” (:P) i napisze mi maila! 

PS: Jak to jest możliwe, że zamki do pokojów się różnią, natomiast wszystkie klucze pasują do drzwi wejściowych do mieszkania?
PPS: Sporo osób podziwia centralne ogrzewanie jako wyjątkowy wynalazek :D
PPPS (ciekawe, dokąd mogę dojść): Spytałam tutorki, dlaczego nie dostaliśmy ich adresów wcześniej i mi powiedziały, że wtedy je byśmy zasypywali mailami (a nie International Office). Ale dlaczego nie informują o tym, czy ktoś Erasmusa odbierze z dworca już nie wiedziały.

środa, 7 stycznia 2009

look wstecz

Pewnie trochę informacji się powtórzy, ale zamieszczę to co zapisałam sobie w niedzielę wieczorem:

Ostrzegam, że jak zwykle mocno szczegółowo ;)

4.01.2009


Najpierw oczywiście opis podróży, która poszła gładko, tak jak sobie zaplanowałam 
Wylot w Okęcia, pierwszy raz z Terminalu 2 – brak mi słów. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego na lotnisku powinno się być 2 godziny przed odlotem. Dziś zostało mi raptem 20 minut czasu po odprawie! Zdążyłam tylko kupić pseudo obiad w postaci kanapki na ciepło, zamiast hulać w wolnocłowych sklepach (znaczy ominął mnie window shopping). Dlaczego? Otóż odlotów było całe mnóstwo a czynne może ze 3 stanowiska do odprawy (bagażu podręcznego), co implikowało kolejką przez pół hali. Po prostu genialnie. Kolejna rzecz, która mnie negatywnie zaskoczyła , to fakt, że w jednej (z łącznej zawrotnej liczby 2) restauracji można płacić tylko gotówką (bo się zepsuł terminal) i tylko w złotówkach. Większość obcokrajowców odchodziła mocno podirytowana i wciąż głodna. Tak prezentuje się nasz nowiusieńki terminal, długo czekający na oddanie do użytku, w stolicy naszego pięknego kraju. Przypomniały o sobie także pasy startowe (1,5 roku temu jak wracałam z Paryża, to lot był opóźniony z godzinę, bo w Warszawie działał tylko jeden z dwóch pasów startowych - wtedy strasznie mnie to śmieszyło, że na najważniejszym lotnisku w kraju mamy tylko 2 pasy) – staliśmy w kolejce do odlotu! Samolot za samolotem. Po kolei wjeżdżały na pas, żeby wystartować. Korek normalnie.
Lot jak to lot, bez sensacji. Lekkie opóźnienie (przez Stau na pasie startowym) podniosło mi poziom adrenaliny, bo planowo miałam 1h 10min na przesiadkę w Helsingfors (Helsinki po szwedzku, brzmi tak, hmm, wikingowo :D ) do autobusu do Turku. Ale kto jak nie ja (wbrew jękom rodziców), stanowiska autobusowe znajdują się tuż przy wyjściu z lotniska, więc jeszcze z 15min czekałam na podstawienie autobusu. 
Express Bus śmiało można porównać do National Express. Kierowca pakuje bagaże. Brakuje telewizora (w NE chyba był). Ale standard autobusów podobny. Co mnie mocno zaskoczyło, to że z godzinę drogi jechałam bez biletu. Na początku mnie to stresowało, potem się przyzwyczaiłam, w końcu to prawie 30 euro w kieszeni (zniżki mają tylko fińscy studenci niestety). Ale mój problem (?) rozwiązał się na jednej ze stacji, kiedy to wsiadła pani z kasą fiskalną i zaczęła bilety sprzedawać. Ciekawy pomysł, zwłaszcza że przecież mogłam powiedzieć, że ja wsiadłam na poprzednim przystanku, a nie jadę już z 50km ;-) Kierowca w autobusie sporo mówi. Nie mam pojęcia o czym, ale na pewno się wita i żegna. Ale wszyscy (łącznie z nim) mówią po angielsku, więc jak na razie jestem uspokojona, problemów z komunikacją chyba nie będzie. 
Pierwsze spostrzeżenia dotyczące Finlandii? Zamki zamykają się w odwrotną stronę! Znaczy takie np. w publicznych toaletach (u mnie w mieszkaniu też) u nas przekręca się DO drzwi zatrzaskując, a tu jest odwrotnie. Obym żadnego nie rozwaliła. Ponadto włączniki światła znajdują się na wysokości może 80cm nad ziemią. Dla mojej tutorki wydało się to normalne, ja szukałam na wysokości głowy i nie znalazłam. Większość napisów jest dwujęzyczna – po fińsku i szwedzku (pilot w samolocie obu języków używał i dopiero angielski), np. na znakach drogowych, nazwy miejscowości. Drogi równe, moja droga polonistka z LO mogłaby spokojnie kawę pić, a dodatkowo podziwiać lasy i skały za oknem. I chyba tyle spostrzeżeń na razie. A, jeszcze niskie barierki na mostach (takie same jak  przy drodze), trochę to stresujące.
Co do samego Turku, to jeszcze nic nie mogę powiedzieć, ciemno było oczywiście. Ale widziałam katedrę i całkiem fajny placyk dookoła niej. Do mieszkania tutorka zawiozła mnie samochodem (Primerą, w której była kamera z tyłu, uruchamiająca się na wstecznym – dla mnie to była nowość). Greta, bo tak jej na imię, także studiuje ekonomię, więc podejrzewam, że sobie mnie „wybrała”. Bardzo miła dziewczyna, ma zamiar mi i jednej Kanadyjce pomóc załatwić wszelkie formalności, także to na pewno bardzo ułatwi mi życie tu. Teraz już wiem, dlaczego jedyna rzecz, którą się wczoraj stresowałam było, czy mnie ktoś z dworca odbierze (stresowało mnie jeszcze, że się nie stresuję, ale dużo mniej ;) ). Jeśli chodzi o mieszkanie, to jest w porządku. Zdecydowanie nie zachwyca, ale narzekać chyba też nie ma na co. 3 pokoje, do których wchodzi się z kuchni/salonu, łazienka i WC osobno (wszystko oczywiście sfocę dla dzieci Neo). Na razie poznałam jedną współlokatorkę – z RPA, dużo gada. Ale zagotowała mi wodę na herbatę, więc już ją lubię ;-) Wiemy na pewno, że trzecia osoba też tu już mieszka, ale jeszcze jej nie poznałyśmy. A Południowoafrykanka (czy jak ich się tam nazywa) przyjechała tu robić jakieś badania do doktoratu chyba (bo mówiła, że jest post – graduate). Zobaczymy, kim jest „ta trzecia”. Obstawiam, że Finka, skoro jej nie ma w orientation week, zaczynającym się jutro.


wtorek, 6 stycznia 2009

Znak zycia

Zyje. Calkiem niezle nawet. Notka bedzie mocno wielotematyczna i lakoniczna, bo pisana w kafejce. Mroz osiagnal -16, czyli w opinii co poniektorych jeszzce nie jest zimno ;) Nie mam internetu w pokoju i nie bede miec jeszcze przez jakies 2 tygodnie, zanim mi podlacza. Bo musze zlozyc wniosek, w ktorym musze podac nr gniazdka i cos jeszcze, czego oczywiscie wczoraj pod reka nie mialam. Wczoraj bylo mnostwo papierkowych spraw, ale jeszcze nie wszystko niestety zalatwilam (nie mam karty studenckiej i biletu autobusowego). Mieszkam daleko od uczelni, centrum i innych wiosek studenckich. ale jest nas z 10 osob, wiec luz. Poznalalam jedna wspollokatorke - z RPA (czarna - wszyscy pytaja o kolor skory ;) ), duuuzo gada i troche mnie zamecza swoim towarzystwem. No ale lepiej tak niz samej siedziec. Druga chyba tez mieszka, bo w kuchni sa jakies naczynia i 2 ekspresy do kawy, ale jej nie widzialysmy. Wiec moze Finka jeszcze nie przyjechala, bo dzis jest wolne, a zajecia zaczynaja sie jutro. Nie mamy czajnika, wode gotujemy w garnku. Nie przywiozlam sobie poszewek, wiec dalej spie pod spiworem. Dobrze ze o przescieradle pomyslalam ;) Przezywalam karte z NFZ, ale okazala sie byc niepotrzebna oczywiscie. Info dla tych, co jeszcze nie wyjechali - nie martwcie sie niczym, Wasi tutorzy we wszystkim Wam pomoga! Moja odebrala mnie z dworca, zawiozla samochodem do domu, nastepnego dnia przyjechala po mnie i wszystko ze mna zalatwiala (oprocz mnie ma jeszcze Kanadyjce i 2 Belgow, weic chodzimy wszedzie wesola gromadka ;) ). A formalnosci jest tu mnostwo. Konto w banku, rejestracja, starting package (poduszka, koldra, sztucce, itp), bilet autobusowy, biblioteka, internet... I do wszystkiego wypelnia sie formularze! Przypomina mi sie Interkulturelles Management i uncertainty avoidance - oni naprawde maja to wysokie ;) Finow plci meskiej jeszcze nie poznalam, mamy same tutorki. Erazmusow jest lacznie ok. 40 z czego najliczniejsza grupe stanowia.... No zgadnijcie? ;) Na drugim miejscu Chilijki (jest ich 3), ale nie mowia po angielsku, wczoraj jedna do mnie cos po hisszpansku gadala. Miasta jeszcze nie poznalam, zaraz wyjde, bo wczoraj mielismy niby wycieczke autokarowa - 2 godzinna, ale co mozna zobaczyc po ciemku z autokaru? Drogo tu jak diabli, chleb potrafi kosztowac 3,5 euro. Alkohol powyzej 4,7% sprzedaja tylko w specjalnych sklepach i juz wiem czemu to sa wodkopijcy - bo wsrod alkoholi tylko wodka kosztuje normalnie. Znaczy niewiele wiecej niz w Polsce (podobno, sama jeszcze nie sprawdzalam). Pora konczyc, zostala minuta netu. Takze trzymajcie sie cieplo, w Polsce zimniej niz tu podobno jest :P I piszcze mi maile co u Was, w czwartek sie wybiorem z laptopem na uczelnie i bede pisac :)

piątek, 2 stycznia 2009

Sylwestrowo, czyli miała być stypa, a wyszła impreza przez wielkie I :)

Tak, tak, to już trzeci post przedwyjazdowy (ciekawe jak to będzie, jak już dotrę tam, gdzie bloga właściwie pisać powinnam ;) ) Związany z moją prawdopodobnie ostatnią wizytą w mieszkaniu, w którym spędziłam 3 lata życia, i do którego niezmiernie się przywiązałam. O współlokatorce już nie mówiąc... (ale to się hopefully po powrocie nie zmieni, wszak mamy implicit, self-enforcing contract ;) ). A wizyta miała 2 zasadnicze cele: 1.(przyziemny) zabrać pozostałe rzeczy (samochód znów był prawie pełny, ale tym razem z powodu biurka), 2. sylwester. 

Cele opisać należy w odwrotnej kolejności, żeby było chronologiczne. Do imprezy miałam baaaardzo speptyczne nastawienie, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na jej niepowodzenie (choroby, brak środków na przyjazd). Spodziewałam się, że będziemy tylko siedzieć i jęczeć jak to się fajnie tu mieszkało i po co wyjeżdżać,, itp. Skończyło się na kameralnej 6-osobowej imprezie, niesamowicie udanej. Daawno się tak nie uśmiałam :) (uczestnikom dziękuję, zwłaszcza S.M., nie tylko za sombrero, które oczywiście pojedzie ze mną :) ).  Szkoda tylko, że budynek F (zwłaszcza 11 piętro ;) ) i domniemany blok Emilki zasłaniają Pl. Konstytucji, przez co nie do końca udało się zobaczyć tamtejsze fajerwerki. Ale w najbliższym otoczeniu ich też nie brakowało, więc nie ma co narzekać. Wystarczyłoby w sumie wyjść na psi wychodek koło Iluzjonu ;) I szacun dla człowieków, którym chciało się jeszcze strzelać o 5 rano.

Co do drugiego, a oznaczonego numerem 1, celu podróży - kiedyś uwielbiałam się pakować. Wiązało się to z wyjazdem, zazwyczaj w nowe, nieznane miejsca. Odkąd poszłam na studia perspektywa się zmieniła, entuzjazm związany z tą czynnością opadł, wszak wykonywałam ją średnio 2 razy w miesiącu. Został zastąpiony przez niechęć związaną z potrzebą upchania wszystkiego i z jazdą (znaczy czasem spędzonym w pociągu, co jak wiadomo nie rzadko kończyło się zawieraniem nowych, nie do końca pożądanych znajomości).  Także pakowanie całego dobytku to był niemalże koszmar ;) Ale tak to bywa, jak się kolekcjonuje wszystko. No nic, nawet nasze kochane współlokatorki z drugiego pokoju liczą na to, że w czerwcu do mieszkania wrócimy. Chyba, że Robert zrealizuje to czym straszy, czyli się ożeni :D

A jaki postęp w cyklu przygotowań? Kupki rzeczy naszykowane, pozostaje sprytnie ułożyć je w plecaku (oby się udało!). Ciekawe ile zbędnych rzeczy zabiorę, a o  ilu potrzebnych zapomnę. Niby wywiady wśród osób, które na erazmusie już były, robiłam, ale co kraj to obyczaj. Szkoda, że tak niewiele wiem o kraju docelowym, jadąc do Anglii wiedziałabym, żeby liczbę ubrań ograniczyć do minimum, a plecak wypakować jedzeniem. No ale mądra Polka ;) Także Kasiku pytaj, bo po tygodniu może już coś będę mogła poradzić. 

Jak to miło, że żegna mnie śnieg :)) 

PS. Posty chyba wskazują na to, że stresik jest i to niemały ;)

PPS. Szampan przed budynkiem głównym to jest to. Jakkolwiek niedobry by nie był ;)