Sitz to tradycyjna impreza fińska (podobno szwedzko - języcznych Finów konkretnie). Rządzi się swoimi regułami, których należy przestrzegać (w przeciwnym razie czeka bad and nasty punishment - podobno jakiś ohydny shot z mieszanki alkoholowej). Reguły ustala oczywiście prezydent ESN (we are the rules, just do what we tell you). Najtrudniejsza reguła do przestrzegania to zapewne zakaz wstawania od stołu poza przerwami. Nawet wyjście do toalety nie jest uzasadnione, należy czekać...A jak konkretnie taka impreza wygląda? Z założenia mieliśmy siedzieć koło obcych ludzi, co nie do końca się udało, bo nie znałam tylko 2 osób ze swojego najbliższego otoczenia ;) Serwowane są 3 posiłki (wciąż zastanawiam się, co było trzecim, surówka na wejściu czy kawa na wyjściu ;) ). Miała to być tradycyjna potrawa fińska, więc trochę się obawiałam, ale nie jadłam nic od 13 i w międzyczasie byłam na łyżwach, więc nawet reindeera bym chyba zjadła...Na szczęście zaserwowano coś na kształt lasagne, tylko z innym makaronem (pychota!). Potem mus czekoladowy na deser (zdecydowanie nie pasował do piwa). W międzyczasie robiliśmy rundkę przedstawiania się i każdy miał podać swoje ulubione słowo po fińsku lub szwedzku (oczywiście królowały słowa typu dziękuję, piwo i nazwy klubów). Ponadto śpiewaliśmy pijackie piosenki w różnych językach (niestety nie mieli nic po polsku), co było trochę trudne np. po fińsku (mieliśmy śpiewniki). Podczas jednej z piosenek musieliśmy trzymać sąsiadów pod rękę i kolejno śpiewaliśmy na stojąco, stojąc na krzesłach i kucając pod stołem :)) Mniej przyjemną zabawą był wyścig z kostką lodu. Zostaliśmy podzieleni na 2 drużyny (wedle połów stołu) i musieliśmy przetransportować kostkę lodu do ostatniej osoby w ustach (znaczy wyjmując ustami z ust poprzednika). Choć najgorszą częścią było, jak nasza kostka zaliczyła podłogę przy początku kolejki i kolejna osoba musiała ją wziąć z podłogi do buzi, bleeeee. Oczywiście przez ten wypadek przegraliśmy. Pijackie piosenki śpiewa się przy alkoholu, na hasło wykonuje się toast (stukając się z sąsiadami w odpowiedniej kolejności, zależnie od płci). Okazuje się, że patrzenie w oczy podczas toastu, to tradycja międzynarodowa :) (otherwise 7 years of bad sex). W cenie imprezy uwzględnione mieliśmy 1 piwo i kieliszek wódki, potem można było dokupywać, krzycząc beer albo snaps (shot po szwedzku, nazwa jak niemiecki Schnaps), wszystko oczywiście przynoszone do stolika, wstawać wszak nie można ;) W cenie biletu była jeszcze kawa i drink do kawy (nazwy nie zapamiętałam), znaczy kieliszek czegoś podobnego do Becherovki (kolega Słowak polemizował, ale w końcu przyznał mi rację, że to smakowało trochę, jak becherovka, więc wyobraźcie sobie, jak to pasuje do kawy... A oni to nawet mieszają, hmm). Impreza siedziana z dobrym jedzeniem, więc nic dodać nic ująć :) (no może wyjące Hiszpanki, nie wiedziałam, że kika dziewczyn może robić tyle hałasu).
Potem impreza przeniosła się do jednego z klubów, gdzie miały nas spotkać wampiry (więc w moim kapturze idealnie pasowałam, hehehe. Choć dyskusje: you're a witch! No, I'm an elf! już mi się trochę znudziły ;) ). Rzeczywiście był tam jakiś bal przebierańców, ale na górze i nie mogliśmy w nim uczestniczyć (za to oni mogli schodzić na dół). W kapturze udało mi się tam wejść na chwilę, muzykę lepszą mieli. Ale na muzykę nie mogę narzekać, byłam chyba jedyną osobą, której się podobało (np. Placebo). Przez kolegę Brazyliczyka straciłam rachubę piw (ale od czego jest pamięć zewnętrzna w postaci bankowości internetowej), bo nie zdążyłam jeszcze dopić, a on już krzyczał let's get the next one ;) Ale nie ma tu żadnych podtekstów, czy też myśli ukrytych między wierszami. Od zachowań typowo erazmusowych dzielą mnie mury, których nie można obejść, przeskoczyć, ani zburzyć :P
To by było na tyle chyba, opis szczegółowy i wyczerpujący. A dziś koncert, trzeci dzień imprez z rzędu. Ciężkie jest życie erazmusa...
EDIT: dla niewtajemniczonych, mój kaptur wygląda następująco