Do Petersburga dojechaliśmy w czwartek ok.16 i o 17 zaczęliśmy zwiedzanie od wizyty w metrze (z pilotem, hehe). Metro w Petersburgu od moskiewskiego różni się tym, że nie ma biletów tylko żetony, które się wrzuca i otwiera się bramka. Jak się podejdzie za blisko bramki bez wrzucenia żetonu, bramka zaczyna głośno pikać (skąd ja to znam :) choć tu przynajmniej bramki nie przytrzaskują ludzi). Ponadto na niektórych stacjach perony metra są zabudowane. Znaczy po obu stronach znajdują się ściany z drzwiami jak do windy. Pociąg podjeżdża i dopasowuje się do tych drzwi. Nie ma więc szans wpaść między pociąg a peron ;) Metrem pojechaliśmy do centrum (na słynny Newski Prospiekt) i zaczęliśmy od szukania jedzenia. Znaleźliśmy KFC, po 1,5 mca trudno było się oprzeć (tak, tak, nie ma KFC w Finlandii). Co ciekawe w rosyjskim KFC podawane jest piwo i to nie byle jakie, bo Zlaty Bazant :) Po obiedzie nie mieliśmy żadnych konkretnych planów (tym razem nie zaopatrzyłam się w przewodnik zawczasu) i pokręciliśmy się po Newskim Prospiekcie. Zobaczyliśmy wtedy najważniejsze budynki (Ermitaż, sobór Chrystusa Zbawiciela i katedrę św. Izaaka). Wieczór zakończył się wizytą w Prismie, czyli poczuliśmy się jak w Finlandii (Prisma to jeden z najtańszych marketów w Finlandii).
Dzień drugi rozpoczął się wizytą w Carskim Siele. Budynek z zewnątrz ogromny (długi) i przepiękny. Wewnątrz zwiedza się niewiele, trwa to może ze 40 minut z robieniem zdjęć. Główną atrakcją jest oczywiście replika bursztynowej komnaty (w której nie można robić zdjęć). To pomieszczenie rzeczywiście robi wrażenie, zwłaszcza jak przeczytałam, że zużyto 5,7 ton bursztynu do zbudowania go. Wyjazd do Carskiego Sioła organizowany był przez biuro podróży, kolejną 'atrakcją' było centrum handlowe (nie pytajcie mnie, czemu...). Na szczęście tylko 45 minut. Z ciekawostek, to widzieliśmy swego rodzaju przechowalnię dla wózków z zakupami. Można zrobić zakupy spożywcze, po czym odstawić tam wózek i iść pochodzić po sklepach. Po powrocie krótka drzemka w hotelu i dalsze zwiedzanie - tym razem twierdza pietropawłowska i katedra tego samego imienia. W nocy przepięknie oświetlone, podobnie jak mosty na Newie i większość budynków wzdłuż rzeki (później wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki i PO zamarzniętej rzece :) ).
Dzień trzeci to zorganizowana wycieczka objazdowa po mieście. Niestety przewodnik tylko po fińsku, ale i tak warto było wziąć udział, bo przynajmniej wiedzieliśmy co jeszcze można zobaczyć i obejrzeliśmy kawałek miasta nie musząc chodzić. Weszliśmy do katedry św. Izaaka, która robi niesamowite wrażenie. To jeden z największych kościołów prawosławnych. W środku przepięknie ozdobiony, z wysoką kopułą. Kolejny punkt wycieczki to 5 - godzinna wizyta w Ermitażu. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to najlepsze (po British Museum) muzeum, w którym byłam. Przede wzsystkim ogromny budynek z salami nie przeładowanymi eksponatami, bo i po co, skoro jest tyle pomieszczeń. Ponadto ekspozycje poukładne chronologicznie (w Moskwie były z tym problemy), wszędzie podpisy po angielsku. Urozmaicone (rzeźby, obrazy, meble, przedmioty codziennego użytku), ponadto 2 sale z obrazami Picasso. Potem nadeszła pora na mój wymażony kebab i ostatnim punktem wycieczki była wizyta w soborze Chrysta Zbawiciela, ale niestety spóźniliśmy się 10 minut (dla mnie żadna strata, cerwki się już naoglądałam ;) ).
Dzień czwarty to pakowanie i wyjazd. Zatrzymaliśmy się w Vyborgu na zakupach (nie wolnocłowych jeszcze ;) ). Tam z Brazylijczykiem zostaliśmy strasznie zaskoczeni przez jednego sprzedawcę w sklepie, który stwierdził, że ja jestem z Polski lub Czech a on z Portugalii. Powinnam była się spytać, czemu akurat takie strzały. Ale to nie pierwszy raz tutaj, kiedy słyszę, że wyglądam na Polkę. Najwidoczniej tak jest.
Podsumowując, to jedna z najlepszych wycieczek w moim życiu, bardzo dużo chodzenia (wymieniałam tylko najważniejsze punkty) i super towarzystwo (nie licząc jednego Belga, który porządnie wyprowadził mnie z równowagi jednego wieczora). Pierwszy raz w życiu chodziłam po zamarzniętej rzece wielkości Wisły (były na niej ślady stóp, ktoś wydeptał ogromny napis ETO NEWA). Mimo wszystko wolę Moskwę. Petersburg to europejskie miasto, nie czuć za bardzo, że się jest w Rosji, pomijając może nieuprzejmość ludzi i sprzedawców, którzy łaskawie obsługują, poganiają przy wybieraniu (a musiałam tłumaczyć, więc trochę to trwało). Bardzo zadowolona jestem z faktu, że porozumiewałam się po rosyjsku, czego podczas pobytu w Moskwie nie byłam w stanie robić, bo nie rozumiałam odpowiedzi. Nie bałam się mówić, a to chyba najważniejsze. Było to jednak także męczące, bo musiałam sobie w głowie wszsytko tłumaczyć na polski a potem przejść na rosyjski, więc to trochę trwało. No i myślenie po polsku mi się włączyło, więc zdarzało mi się do znajomych w Muttersprache zagadywać ;)
To by było na tyle, w ten weekend wizyta z Helsinek, a przyszły czwartek Lapland :)
A też babki przy bramakch stoją by sprawdzić, czy aby wszyscy bilet skasowali?
OdpowiedzUsuńI jak te urządzenie pipkające działa?
Fajnie:) Mi się przypomniało to cudowne miasto;)
OdpowiedzUsuń