poniedziałek, 26 stycznia 2009

There's no such thing as a free lunch...

Hmm, polemizowalabym. Dzis nie dzialal terminal i nie moglam zaplacic 2,6€ za swoj lunch karta, a nie mialam zadnej gotowki. Koles stojacy za mna w kolejce to widzial i po prostu wyciagnal reke z kasa. W sumie to nie wiem, czemu sie wzielam, pozyczylam od znajomych, ale gdybym byla sama, to pewnie obalilabym twierdzenie z tytulu posta ;)

PS: I miss u, guys!! :((

4 komentarze:

  1. Pewnie miał w tym interes, chciał się umówić albo cuś ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niby esgieh a zero zaradnosci.
    Trzeba bylo goscia zlapac i omotac i nie puszczac do konca wyjazdu.
    Eh... Ze tez mnie se tak w zyciu nie trafia...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem, czy miał interes, w sumie powinnam była sprawdzić, żeby wiedzieć czy warto wierzyć w ideały ;) Zwłaszcza, że jak napisałam na fejsbuku, że there is such thing as a free lunch, to mi Sergio uprzejmnie przypomniał, że jutro ja płacę za niego ;)
    Olga, po kim jak po kim, ale po Tobie to się takiej interesowności a'la eS-Gie-Ha nie spodziewałam :P
    Mi się też tak w życiu nie trafia, powinnam zacząć listę rzeczy, które przydarzyły się/sama wykonywałam po raz pierwszy ;) Bo trochę już się tego chyba nazbierało :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No cóż. Życie jest pełne niespodzianek.

    (nie no, może skończę ten komentarz zanim moje prawdziwe ja wyjdzie na jaw;))

    OdpowiedzUsuń