piątek, 2 stycznia 2009

Sylwestrowo, czyli miała być stypa, a wyszła impreza przez wielkie I :)

Tak, tak, to już trzeci post przedwyjazdowy (ciekawe jak to będzie, jak już dotrę tam, gdzie bloga właściwie pisać powinnam ;) ) Związany z moją prawdopodobnie ostatnią wizytą w mieszkaniu, w którym spędziłam 3 lata życia, i do którego niezmiernie się przywiązałam. O współlokatorce już nie mówiąc... (ale to się hopefully po powrocie nie zmieni, wszak mamy implicit, self-enforcing contract ;) ). A wizyta miała 2 zasadnicze cele: 1.(przyziemny) zabrać pozostałe rzeczy (samochód znów był prawie pełny, ale tym razem z powodu biurka), 2. sylwester. 

Cele opisać należy w odwrotnej kolejności, żeby było chronologiczne. Do imprezy miałam baaaardzo speptyczne nastawienie, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na jej niepowodzenie (choroby, brak środków na przyjazd). Spodziewałam się, że będziemy tylko siedzieć i jęczeć jak to się fajnie tu mieszkało i po co wyjeżdżać,, itp. Skończyło się na kameralnej 6-osobowej imprezie, niesamowicie udanej. Daawno się tak nie uśmiałam :) (uczestnikom dziękuję, zwłaszcza S.M., nie tylko za sombrero, które oczywiście pojedzie ze mną :) ).  Szkoda tylko, że budynek F (zwłaszcza 11 piętro ;) ) i domniemany blok Emilki zasłaniają Pl. Konstytucji, przez co nie do końca udało się zobaczyć tamtejsze fajerwerki. Ale w najbliższym otoczeniu ich też nie brakowało, więc nie ma co narzekać. Wystarczyłoby w sumie wyjść na psi wychodek koło Iluzjonu ;) I szacun dla człowieków, którym chciało się jeszcze strzelać o 5 rano.

Co do drugiego, a oznaczonego numerem 1, celu podróży - kiedyś uwielbiałam się pakować. Wiązało się to z wyjazdem, zazwyczaj w nowe, nieznane miejsca. Odkąd poszłam na studia perspektywa się zmieniła, entuzjazm związany z tą czynnością opadł, wszak wykonywałam ją średnio 2 razy w miesiącu. Został zastąpiony przez niechęć związaną z potrzebą upchania wszystkiego i z jazdą (znaczy czasem spędzonym w pociągu, co jak wiadomo nie rzadko kończyło się zawieraniem nowych, nie do końca pożądanych znajomości).  Także pakowanie całego dobytku to był niemalże koszmar ;) Ale tak to bywa, jak się kolekcjonuje wszystko. No nic, nawet nasze kochane współlokatorki z drugiego pokoju liczą na to, że w czerwcu do mieszkania wrócimy. Chyba, że Robert zrealizuje to czym straszy, czyli się ożeni :D

A jaki postęp w cyklu przygotowań? Kupki rzeczy naszykowane, pozostaje sprytnie ułożyć je w plecaku (oby się udało!). Ciekawe ile zbędnych rzeczy zabiorę, a o  ilu potrzebnych zapomnę. Niby wywiady wśród osób, które na erazmusie już były, robiłam, ale co kraj to obyczaj. Szkoda, że tak niewiele wiem o kraju docelowym, jadąc do Anglii wiedziałabym, żeby liczbę ubrań ograniczyć do minimum, a plecak wypakować jedzeniem. No ale mądra Polka ;) Także Kasiku pytaj, bo po tygodniu może już coś będę mogła poradzić. 

Jak to miło, że żegna mnie śnieg :)) 

PS. Posty chyba wskazują na to, że stresik jest i to niemały ;)

PPS. Szampan przed budynkiem głównym to jest to. Jakkolwiek niedobry by nie był ;)

3 komentarze:

  1. Ooo... współlokatorka jest wzruszona 5. i 6. linijką :) I też ma nadzieję na dalsze szczęśliwo- telepatyczno- szydercze "pożycie małżeńskie" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. OoooOOOOoooo.... S.M. jest wzruszony linijką, która jest gdzieś w środku tekstu:) Bardzo dobry pomysł z tym blogiem. Jestem b. zaskoczony tym że się uzewnętrzniasz i to w sieci! (gdzie czai sie mnóstwo NIEGODNYCH; niegodnych takich informacji:)
    PS Dalej zamierzam dla CIĘ zainwestować w mikrofon

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie powiem, kto tu sie uzewznetrznia podpisujac sie imieniem i nazwiskiem :P
    Na zakup mikrofonu masz jeszcze ok. 2 tygodni.

    OdpowiedzUsuń